Nasz zachodni sąsiad skokowo zwiększy swoje wydatki na obronność. Kanclerz Olaf Scholz zapowiedział wczoraj podczas przełomowego przemówienia w Bundestagu, że już od tego roku będzie to ponad 2 proc. PKB, co oznacza wzrost o ponad 30 proc. Jest to wielka zmiana w polityce naszego zachodniego sąsiada, który od lat był krytykowany przez sojuszników za zbyt małe zaangażowanie w ramach NATO. Niemiecki polityk stwierdził także, że Niemcy radykalnie zmniejszą zakupy gazu w Rosji.
Już w sobotę Scholz zapowiedział, że obowiązkiem Niemiec „jest wsparcie Ukrainy najlepiej jak potrafimy w obronie przeciwko nacierającej armii Putina” i tym razem za słowami poszły czyny. Niemiecki rząd zmienił zdanie w sprawie dostaw uzbrojenia, które wcześniej blokował i za co był radykalnie krytykowany, m.in. przez polskiego premiera Mateusza Morawieckiego, który wcześniej tego dnia odwiedził stolicę Niemiec. Zapadła decyzja, że Berlin przekaże tysiąc zestawów przeciwpancernych i 500 rakiet Stinger, które doskonale sprawdzają się m.in. w zestrzeliwaniu śmigłowców. Do obrońców dotrzeć ma także paliwo i 14 pojazdów opancerzonych. Niemcy przestaną także blokować przekazanie niemieckiej broni przez Holandię (rakiety Stinger) i Estonię (haubice).
W niedzielę rano na Ukrainę dotarł także kolejny konwój amunicji z Polski, już wcześniej przekazaliśmy m.in. zestawy przeciwlotnicze Piorun. W weekend natychmiastową pomoc wojskową w wysokości 350 mln dol. zadeklarowały Stany Zjednoczone. W dostawach broni i pomocy medycznej uczestniczą też inne państwa, m.in. Czechy, Słowacja czy Szwecja (oferujący 5 tys. granatników). Jak podawał Polski Instytut Spraw Międzynarodowych, jest ich prawie 30. Duża część tego sprzętu będzie przerzucana przez Polskę, Ukraińcy nie mają zdolności logistycznych, by je odbierać z innych krajów. Według informacji portugalskiego ministerstwa obrony Lizbona wyśle m.in. noktowizory, hełmy, kamizelki i amunicję różnego typu, pomoc zapowiedziała m.in. Australia, także dwa greckie samoloty ze sprzętem dla Ukraińców wylądowały w Polsce.
Reklama
Mimo że wojska państw Sojuszu Północnoatlantyckiego nie wspomogą Ukrainy bezpośrednio, to wsparcie polityczne jest bezprecedensowe. – Rosja zniszczyła pokój w Europie. Mieszkańcy Ukrainy walczą o swoją wolność w obliczu niesprowokowanej agresji Rosji – mówił w piątek Jens Stoltenberg, sekretarz generalny NATO, po wirtualnym spotkaniu liderów państw Sojuszu. Norweg ostro skrytykował Rosję i po raz kolejny wezwał ją do wejścia na drogę dialogu i dyplomacji.

Reklama
Sojusz postawił w stan gotowości siły szybkiego reagowania, tzw. szpicę NATO, czyli ok. 5 tys. żołnierzy, którzy mogą być przerzuceni do każdego państwa członkowskiego w ciągu 72 godzin. Aktywowane są także Siły Odpowiedzi NATO, które w sumie mogą liczyć ok. 40 tys. żołnierzy. Już wcześniej do batalionowych grup bojowych, które od 2017 r. działają w państwach bałtyckich i w Polsce, dotarli dodatkowi żołnierze (Brytyjczycy do Estonii, Niemcy na Litwę). Jak podaje Sojusz, obecnie na wschodniej flance przebywa ok. 22 tys. żołnierzy sojuszniczych. Ta liczba nie obejmuje wojsk państw regionu – np. Wojsko Polskie liczy obecnie ok. 110 tys. żołnierzy zawodowych i ok. 30 tys. Wojsk Obrony Terytorialnej.
W stanie podwyższonej gotowości jest na wschodniej flance ponad 100 samolotów bojowych (np. do Estonii Amerykanie wysłali dwa F-35, Duńczycy wystawili samoloty F-16, z kolei Holendrzy dwa F-35 skierowali do Bułgarii, a Niemcy trzy eurofightery do Rumunii), które patrolują przestrzeń powietrzną z pomocą m.in. latających tankowców. Do Polski przyleciały z kolei francuskie samaloty Rafale. Regularne loty wykonują też AWACS, które zbierają informacje z całego regionu.
W wysokiej gotowości jest też ponad 120 okrętów, zarówno m.in. na Bałtyku, jak i na Morzu Śródziemnym, skupionych w grupy wokół trzech lotniskowców. Kolejne kraje zapowiadają zwiększenie gotowości bojowej, np. francuskie ministerstwo obrony zapowiedziało, że podwyższy gotowość bojową 9,5 tys. żołnierzy, a 1,5 tys. zostanie wysłanych do Europy Centralnej. Francuska Legia Cudzoziemska zwalnia ukraińskich żołnierzy, zezwalając im na powrót do kraju wraz z wyposażeniem.
Słowackie ministerstwo obrony zapowiedziało już, że jest po rozmowach w sprawie utworzenia batalionowej grupy bojowej na Słowacji, w ramach której stacjonowałyby tam zestawy Patriot, w takiej jednostce mogliby również służyć Polacy. To dobry przykład tego, jaka zmiana zachodzi w krajach Europy: jeszcze kilka tygodni temu w parlamencie doszło do awantury w trakcie rozmowy o możliwości stacjonowania żołnierzy USA na Słowacji. Już wcześniej zapowiedziano, że trzonem batalionowej grupy bojowej w Rumunii będzie Francja – prawdopodobnie takie informacje zostaną oficjalnie ogłoszone najpóźniej na szczycie liderów Sojuszu w Madrycie pod koniec czerwca.
W Polsce i krajach bałtyckich grupy bojowe są na zasadzie stałej rotującej obecności. Można się spodziewać, że podobnie będzie na Słowacji i w Rumunii, być może także w kolejnych krajach, co oznacza, że jednostki sojusznicze pozostaną tam przez lata.
Jak już pisaliśmy na łamach DGP, w Polsce możemy się spodziewać dalszego wzmocnienia obecności amerykańskiej.