W największym skrócie: przyszłość Borisa Johnsona zależy od epistolografii. A konkretnie od tzw. listów o braku zaufania do przewodniczącego partii. Taki dokument może złożyć każdy poseł Partii Konserwatywnej. Jeśli uzbiera się ich wystarczająco dużo (konkretnie 54, czyli złoży je 15 proc. torysów zasiadających w parlamencie), otwiera to drogę do poselskiego głosowania nad odwołaniem lidera. Ponieważ w brytyjskim systemie premier jest jednocześnie liderem partii, oznaczałoby to de facto głosowanie nad polityczną przyszłością Johnsona.
Na razie do złożenia takich listów przyznało się dziewięciu torysów. Nie ma jednak obowiązku spowiadania się publicznie z tego gestu, liczba ta więc może być wyższa. Jak podał w weekend dziennik „The Times”, powołując się na źródła w kancelarii premiera, współpracownicy Johnsona szacują liczbę posłów, którzy rozważają złożenie dokumentu, na 35–45. To wystarczająco dużo, żeby ich szef znalazł się w „strefie zagrożenia”.