Czy Rosja zaatakuje Ukrainę? Wojskowi wiedzą. Politycy niepewni

17 grudnia 2021, 07:40 Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Choć ryzyko konfliktu na Wschodzie znacznie wzrosło, to sytuacja jest lepsza niż w 2014 r. Dziś niewielu ma złudzenia co do intencji Rosji, a NATO wciąż się wzmacnia

Wejdą czy nie wejdą? To fundamentalne w naszej części świata pytanie znów jest aktualne. Rosja zgromadziła przy granicy z Ukrainą ok. 100 tys. żołnierzy. O tym, czy dojdzie do ataku, zdecyduje Władimir Putin. Zachód stara się go zniechęcić, zwiększając presję militarną, ekonomiczną i polityczną. I choć trudno nie mieć skojarzeń z 2014 r., kiedy Rosja zajęła Krym oraz pomogła „separatystom” na Donbasie, to jednak od tego czasu kilka istotnych kwestii radykalnie się zmieniło.
Przede wszystkim armia ukraińska nie przypomina tej z 2014 r., która pozwoliła Rosji na zajęcie Krymu praktycznie bez walki. – Ukraińcy przygotowują się do operacji obronnej od trzech–czterech lat. Mają wielostanowiskowe pozycje obronne, kilka linii obrony obsadzonych przez wojska, znają teren. W ostatnich latach armia ukraińska przeszła również gruntowną modernizację, dysponuje dobrymi systemami obrony powietrznej i przeciwpancernej – powiedział w ubiegłym tygodniu DGP gen. Waldemar Skrzypczak. Ten były dowódca wojsk lądowych WP twierdzi wręcz, że przewaga jest po stronie ukraińskiej.
Inaczej patrzy na sprawę Andrzej Wilk, analityk ds. bezpieczeństwa w Ośrodku Studiów Wschodnich. – Ukraina przez kilka lat wzmocniła armię. Nie jest to jednak wojsko bardzo nowoczesne pod względem wyposażenia. (…) Stary posowiecki sprzęt w wielu wypadkach nie stanowi żadnego zagrożenia dla wroga. Gdyby doszło do konfliktu na lądzie, Ukraina stawiałaby opór. Jednak jeśli chodzi o przestrzeń powietrzną, wojnę radioelektroniczną i na morzu, to Rosjanie całkowicie dominują. W ciągu kilku dni mogliby nie tyle zająć i okupować terytorium Ukrainy, co zniszczyć jej siły zbrojne i uniemożliwić skuteczny opór – wyjaśniał w wywiadzie dla Polskiego Radia. Dodawał, że Kreml przejmuje się reakcjami zagranicy – zwłaszcza tym, co dzieje się ostatnio w relacjach Ukrainy z USA i Wielką Brytanią.
A dzieje się dużo, bo od aneksji Krymu Amerykanie przekazali Kijowowi pomoc militarną wartą ponad 2 mld dol. Choć jej spora część poszła na sfinansowanie szkoleń, trafiły tam także zestawy przeciwpancerne Javelin. Z kolei Brytyjczycy w listopadzie podpisali z Ukrainą porozumienie, dzięki któremu będzie mogła się ona starać o kredyt na zakup okrętów wojennych o wartości ponad 1,7 mld funtów (ok. 10 mld zł). Natomiast Kanadyjczycy, podobnie jak Polacy, biorą udział w rotacyjnej misji szkoleniowej na Ukrainie, zaś ostatnio w mediach pojawiły się informacje, że Ottawa rozważa wzmocnienie obecności wojskowej w tym kraju.
To nie zmienia tego, że Kijów nie jest członkiem NATO i gwarancje wynikające z art. 5 traktatu waszyngtońskiego – że atak na jednego z członków organizacji będzie agresją na wszystkich – go nie obejmują. Pomimo to Ukraina może liczyć na dalsze polityczne i ekonomiczne wsparcie Zachodu. – Brytyjczycy po brexicie często udowadniają, że muszą być we wszystkim pierwsi, dlatego z taką pomocą mogą pospieszyć – mówi osoba zajmująca się bezpieczeństwem. Wydaje się także, że niedawny przeciek o tym, że na Wyspach 600 żołnierzy jest w gotowości do przerzucenia na Ukrainę, nie był przypadkowy.
NATO wyciąga wnioski
Choć realna jest groźba konfliktu na Ukrainie, to otwarta napaść Rosji na któreś z państw Sojuszu Północnoatlantyckiego jest bardzo mało prawdopodobna. Ale ataki poniżej progu wojny są jak najbardziej możliwe. Możemy je obserwować choćby teraz na granicy polsko-białoruskiej czy kilkanaście tygodni wcześniej na Litwie – to podsycany przez Rosję kryzys migracyjny.
Jednak należy pamiętać, że sytuacja militarna w naszym regionie zmieniła się radykalnie. Już w 2014 r. na szczycie NATO w Newport w Walii zdecydowano o utworzeniu Sił Natychmiastowego Reagowania (Very High Readiness Joint Task Force) – ta szpica liczy obecnie ponad 6 tys. żołnierzy z 12 krajów i jest gotowa do działania w dwa–trzy dni. Z kolei dwa lata później, na szczycie w Warszawie, uzgodniono powstanie w Polsce, na Litwie, Łotwie i w Estonii batalionowych grup bojowych. Każda z nich liczy ponad tysiąc żołnierzy będących w pełnej gotowości.
Choć nie są to siły zdolne zatrzymać rosyjską agresję – Moskwa ma przewagę wojsk konwencjonalnych, to grupy bojowe pod dowództwem Brytyjczyków, Kanadyjczyków, Niemców oraz Amerykanów mają duże znaczenie polityczne. Są jasnym wyrazem solidarności – w tym kontekście warto zwrócić uwagę na niemiecką obecność na Litwie. Jeszcze kilka lat temu Berlin nie zdecydowałby się na taki ruch ze względu na Moskwę. W pewnym stopniu wschodnia flanka przestała być więc państwami członkowskimi NATO drugiej kategorii – gdzie nie powstaną trwałe instalacje sojuszników, co przewidywał Akt Stanowiący NATO–Rosja z 1997 r. Obecność żołnierzy z innych krajów Sojuszu oznacza także, że państwa te szybciej zaangażują się w ewentualny konflikt. Z prostej przyczyny – bo ich żołnierze już są tu obecni. A gdyby w razie agresji któryś z nich został ranny lub zabity, to znacznie łatwiej byłoby też uzasadnić rządom tych państw zaangażowanie znacznie większych sił.
Dodatkowo od 2017 r. na zachodzie Polski operuje amerykańska pancerna brygadowa grupa bojowa, czyli ok. 4 tys. żołnierzy wraz z m.in. 80 czołgami i 120 bojowymi wozami piechoty. Ci wojskowi z założenia mają także trenować w innych państwach wschodniej flanki NATO. Z kolei w Rumunii, w Deveselu, zaczęła działać baza systemu obrony przeciwrakietowej Aegis Ashore; także na Morzu Czarnym obecność sojusznicza poprzez ćwiczenia jest znacznie bardziej zauważalna. Jasnym sygnałem politycznym były też duże manewry, jak np. Trident Juncture 2018 w Norwegii i Skandynawii czy nieco przeformułowany z powodu pandemii Defender Europe 20, podczas którego odbył się duży przerzut wojsk zza Atlantyku do Europy.
– Sojuszowi ćwiczenia z udziałem dużej liczby żołnierzy są potrzebne, by trenować przerzut wojsk np. z USA czy z Wielkiej Brytanii. Najważniejsze jest ćwiczenie logistyki, sprawdzanie portów morskich i lotniczych. Ale to, co się dzieje na poziomie kompanii czy batalionu, jest trenowane cały czas, choćby na poligonach w Żaganiu czy Drawsku Pomorskim. Ćwiczymy gotowość bojową przez cały czas, nie trzeba do tego wielkich manewrów. Nie ma większego znaczenia liczba ćwiczących i to, że Rosjanie w tym przodują – wyjaśniał gen. Ben Hodges, były głównodowodzący US Army w Europie.
Wreszcie nie wolno pomijać istotnego czynnika, czyli pieniędzy. Od 2014 r. wszystkie 30 państw członkowskich zwiększa wydatki na obronność, do czego na pewno przyczynił się też mało dyplomatyczny, wręcz obcesowy sposób, w jaki domagał się tego były prezydent USA Donald Trump. Sądząc po efektach – skuteczny. W 2014 r. tylko trzy kraje NATO wydawały przynajmniej 2 proc. PKB na obronność, a dziś jest to już 10 państw. I choć wzrost zdolności bojowych w niektórych krajach (np. w Polsce) trudno zauważyć, to jednak jest lepiej. A w najbliższym czasie powinno być jeszcze lepiej.
Jeśli dołożymy także tworzenie jednostek dowodzenia na wschodniej flance czy mocne zwrócenie uwagi na military mobility – zdolność do szybkiego przerzutu wojsk (służą temu choćby amerykańskie magazyny na sprzęt, które budowane są w Powidzu), to widać, że wojskowi odrobili swoje lekcje. I choć wzmacnianie wschodniej flanki to proces długotrwały – i z naszego punktu widzenia powinno być szybciej, to pierwsze efekty już widać.
Polityczna niepewność
By jednak wojskowi ruszyli do obrony, potrzebna jest decyzja polityczna. I to jest wciąż najsłabszy punkt całej układanki dotyczącej konfliktu Rosja–Ukraina oraz obrony wschodniej flanki NATO. Stanowiska są jasne. Rosja nie życzy sobie wejścia Ukrainy do Sojuszu, uważa także, że tak naprawdę państwa wschodniej flanki nie powinny mieć takich samych praw jak inni członkowie organizacji. Zachód odpowiada jej twardo. – Każda przyszła agresja będzie miała wysoką cenę i będzie miała dla Rosji poważne konsekwencje ekonomiczne i polityczne. Popieramy integralność i suwerenność Ukrainy oraz Gruzji – mówił sekretarz generalny Sojuszu Jens Stoltenberg na spotkaniu szefów dyplomacji NATO w Rydze dwa tygodnie temu. Później dodał, że nie ma czegoś takiego jak „rosyjska strefa wpływów” i że decyzja o tym, czy Ukraina stanie się członkiem NATO, zostanie podjęta przez Kijów i przez kraje Sojuszu Północnoatlantyckiego, a nie przez Moskwę.
Stoltenberga można zaliczyć do tych, którzy od dawna nie mają złudzeń w stosunku do agresywnej polityki Federacji Rosyjskiej. Ale także z ust innych czołowych polityków Zachodu można było ostatnio usłyszeć o wysokiej cenie, jaką przyjdzie Rosji zapłacić za ewentualną agresję. O tym, że tym razem sankcje będą znacznie bardziej dotkliwe niż w 2014 r., mówił np. amerykański sekretarz stanu Antony Blinken. Deklaracje o braku możliwości negocjacji na temat integralności terytorialnej i suwerenności Ukrainy pojawiły się m.in. po spotkaniu liderów państw G7 czy też w wystąpieniach minister spraw zagranicznych Niemiec Annaleny Baerbock i nowego kanclerza Olafa Scholza.
Dlatego tak duże poruszenie wywołały słowa prezydenta USA Joego Bidena, który po niedawnej telekonferencji z prezydentem Putinem stwierdził, że dojdzie do rozmów z udziałem USA, Rosji i najważniejszych sojuszników NATO. Co zdumiewało: Ukraina i inni sojusznicy mieliby być pominięci.
– Administracja amerykańska swoją strategię do rozmów z Rosją budowała w sposób przemyślany. Z jednej strony zmobilizowała sojuszników informacją o rosyjskich intencjach zmierzających do wznowienia agresji na Ukrainę i zasygnalizowała, że w takim wypadku Moskwa musi się liczyć z poważnymi konsekwencjami. Można powiedzieć, że w sposób retoryczny pokazała kij. Z drugiej strony jednak administracja wysłała do Rosji sygnał gotowości do rozmów i możliwości uwzględnienia rosyjskich argumentów, a nawet gotowości do ustępstw. To negocjacyjna marchewka – tłumaczył dr Sławomir Dębski, dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. – Wszystko szło zgodnie z planem do momentu, gdy Biden, wsiadając w ubiegłą środę do helikoptera, powiedział dwa słowa za dużo o gotowości do zaakceptowania nieznanych publicznie rosyjskich postulatów, a także o stworzeniu jakiegoś nowego formatu do rozmów z Rosją o bezpieczeństwie w Europie z udziałem tylko kilku europejskich członków NATO: Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii i Włoch. W świat poszedł sygnał, że prezydent dąży do resetu z Rosją i chce wrzucić Ukrainę pod autobus. W tym samym czasie, gdy organizuje „Szczyt dla Demokracji”, po cichu dogaduje się z autorytarną i imperialną Rosją, prowadzącą politykę gróźb i terytorialnych aneksji, a wszystko to za plecami sojuszników – dodawał ekspert.
Trzeba zaznaczyć, że po poruszeniu, jakie te słowa wywołały, amerykańscy urzędnicy wycofali się z tych deklaracji rakiem i w oficjalnym komunikacie napisali, że forum do rozmów może być m.in. Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, a prezydent Biden odbył z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim rozmowę telefoniczną. Niemniej pozostał niesmak. A Ukraińcy mają prawo czuć się rozgoryczeni, czemu ich politycy dają publicznie wyraz, m.in. krytykując Niemcy za blokowanie sprzedaży uzbrojenia na Ukrainę.
W ostatnich dniach sytuacja dyplomatyczna się nieco uspokoiła, a prezydent Zełenski mówi, że być może dojdzie do rozmów z Rosją, ale już z udziałem Ukrainy. Trudno przewidzieć, jak rozwinie się sytuacja, bo eskalacja i deeskalacja napięcia to typowe działanie Kremla. Na pewno podstawowa różnica polega na tym, że Rosja nie ma oporów przed używaniem siły militarnej, zaś Zachód woli inne środki nacisku, jak choćby sankcje ekonomiczne.
Trzeba też wziąć pod uwagę, że inna jest też wrażliwość państw bezpośrednio graniczących z Rosją, jak Norwegia, Polska czy Ukraina. – Putin próbuje się przedstawić jako rozwiązanie problemu, który sam stworzył. Nie powinniśmy wpaść w tę pułapkę – stwierdziła Kaja Kallas, premier Estonii, w wywiadzie dla Politico. – Rosja nie ma prawa decydować o tym, kto może, a kto nie może przystąpić do Unii Europejskiej albo Sojuszu Północnoatlantyckiego – dodała liderka liczącego niespełna 1,5 mln mieszkańców kraju. Otwartym pozostaje pytanie, na ile to przesłanie wezmą sobie do serca politycy państw znacznie większych, silniejszych i niegraniczących bezpośrednio z Rosją. ©℗
Pozostało 95% treści
Przejdź do strony mobilnej
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Zobacz więcej

Proszę czekać...