Jeśli świat nie dostarczy pomocy humanitarnej do Afganistanu przed zimą, kraj zostanie skazany na wielki głód. Decydując się jednak na jej przekazanie, można zostać posądzonym o wsparcie talibów. Jak powinny postąpić państwa Zachodu?
Pamiętam, jak w Polsce czekaliśmy na strajk generalny. Pracowałam wtedy w Pracowni Astrofizyki. Podczas jednej z rozmów ktoś powiedział, że nie powinny tu przyjeżdżać żadne organizacje z pomocą, bo to jedynie pomoże w utrzymaniu komunistycznego rządu. Nie zgodziłam się z tym. Gdyby zabrakło transportów z mlekiem dla dzieci, część musiałaby umrzeć. Dlatego nie można używać takiego argumentu; w ten sposób gramy życiem ludzkim. Zapewnianie pomocy humanitarnej będzie usprawiedliwiało brak działań talibów w pewnych dziedzinach, ale nie można przecież pozwolić ludziom umrzeć. Najczęściej zresztą jest tak, że z danego kraju uciekają osoby, które mają pieniądze, są elitą intelektualną. Wiedzą, jak poruszać się w świecie. Często byli również kształceni w Europie czy Stanach Zjednoczonych. Wszyscy uciec nie mogą, więc w Afganistanie zostaną ci bezradni. Trzeba będzie ich wesprzeć. Polacy też mieli takie momenty w historii, kiedy chodziło wyłącznie o przetrwanie.
Pomoc na miejscu faktycznie jest skuteczna?
Pomaganie na miejscu, żeby ludzie nie musieli opuszczać swojego kraju, jest najwłaściwsze. Jako organizacja od samego początku działaliśmy w ten sposób. Później to określenie ukradł nam rząd Prawa i Sprawiedliwości. Nie po to, by faktycznie takie wsparcie zapewniać, a wyłącznie po to, żeby usprawiedliwić nieprzyjmowanie uchodźców i niebranie udziału w ich relokacji. W 2015 r. Beata Kempa w imieniu rządu PiS mówiła: „tak, będziemy pomagać na miejscu”. Dziś wiemy, że tak się nie stało. Zakupione przez nich plecaki czy buty gniją w magazynach i nigdy nie zostały dostarczone do Jordanii (gdzie znajdują się obozy dla uchodźców – red.). Teraz na miejscu chce pomagać także Unia Europejska. Aby jednak zajmować się problemem u jego źródła, trzeba przeznaczyć na ten cel spore pieniądze. Tego nie da się załatwić grantem na milion euro. Choć UE pozostaje największym donorem pomocy humanitarnej, środków i tak nie wystarcza na wszystkie potrzeby. Zarówno te w Afganistanie, ale i w Jemenie, Iraku, Libanie czy na Haiti. Uważam, że w Europie moglibyśmy przeznaczyć więcej na pomoc. Tylko trzeba byłoby się trochę samoograniczyć.
UE zaoferowała dodatkowe 100 mln euro pomocy humanitarnej dla Afganistanu. Te pieniądze nie pójdą na zmarnowanie?
Wszystko zależy od tego, kto te pieniądze dostanie: rząd talibów na stabilizację w zakresie edukacji, praw kobiet i ochrony zdrowia czy organizacje pozarządowe, które są w stanie w Afganistanie realizować różne projekty. Obecność tych drugich na terytorium kraju będzie się jednak wiązać z ogromnymi kosztami: wynajęciem mieszkania, ochrony, bezpiecznego samochodu, tłumaczy. Nasza misja w Somalii jest najdroższa, jaką mamy, bo tam nie można w ogóle wyjechać poza dom bez ochrony. Pojawia się też pytanie, jak talibowie przyjmą obecność takich organizacji.
Będą próbowali utrudniać dostarczanie pomocy?
Na pewno. Nie mam złudzeń co do tego, w jaki sposób talibowie będą rządzili Afganistanem. Nie oznacza to jednak, że żadna forma działalności na miejscu nie będzie możliwa. Rząd talibów nie załatwi sam wszystkich spraw związanych z edukacją, ochroną zdrowia czy dostępem do mediów. Oni będą tej pomocy potrzebowali. Zresztą nie wszystko musi być uzgadniane na najwyższym szczeblu. W Sudanie wiercimy studnie w uzgodnieniu z lokalnymi władzami, a nie rządem krajowym. To pozwala nam obracać się w dość bezpiecznym środowisku. Chronią nas tam ludzie, którzy zawsze nas informują, gdy pojawia się ktoś obcy lub kiedy dzieje się coś dziwnego. Sami nie jesteśmy w stanie takich rzeczy zauważyć. W Afganistanie też tak było i najprawdopodobniej dalej będzie. Jeżeli organizacje będą chciały tam działać, będą musiały mieć po prostu dobrą ochronę i ludzi dookoła oraz pomagać w takich dziedzinach, w których talibowie nie są w stanie nic zrobić.
A co z pomocą dla Afgańczyków, którzy przyjechali już do Polski?
Rząd przywiózł 937 osób i dopakował ich do istniejących już ośrodków. Panują w nich bardzo złe warunki, a organizacje pozarządowe dostarczają wszystkie niezbędne rzeczy. Bulwersuje mnie, że to właśnie organizacje muszą finansować żywność. Przecież to są ośrodki rządowe. To władza sprowadziła do Polski tych ludzi, więc powinna zadbać o ich potrzeby. Byłam niedawno w Kętrzynie, gdzie znajduje się jeden z ośrodków zamkniętych. Już teraz przebywa tam ponad 300 osób, a ma być ich docelowo 500. Obowiązującą normą są 2 mkw. na osobę i 9 zł na wyżywienie całodzienne. Komendant tego ośrodka mówił mi, że przecież rozmiar kuchni czy liczba łazienek magicznie się nie zwiększą. Ale w MSWiA nikogo nie obchodzi, jak on sobie z tym problemem poradzi. Pojawiły się jedynie obietnice, że za trzy, cztery tygodnie wszystkie osoby otrzymają ochronę międzynarodową. To z kolei oznacza, że w połowie października 1 tys. osób będzie potrzebować mieszkania lub co najmniej pokoju. Część z nich być może ma pieniądze na wynajem, część wyjedzie do Niemiec. Pozostali będą potrzebowali wsparcia. Z tego, co wiemy, rząd takich mieszkań nie ma. Poza tym to będzie wyzwanie logistyczne. Niezbędne będzie zrobienie rozeznania co do umiejętności uchodźców i dostępnych ofert pracy. Tym, którzy dostaną pracę zgodnie ze swoimi umiejętnościami, trzeba będzie poszukać mieszkania w okolicy. Inni najpierw dostaną mieszkanie, więc trzeba będzie im poszukać zatrudnienia w pobliżu. Takie działanie wymaga ogromnej koordynacji, na którą rząd w ogóle nie jest przygotowany. Nawet nie pochylił się nad tym tematem. Nie będzie chciał się nim w ogóle zajmować.
Unia pomoże?
Niestety polityka migracyjna UE się zmienia. Europa coraz bardziej się zamyka. Akceptują to zarówno Komisja Europejska, jak i osoby w Parlamencie Europejskim. KE finansuje pomoc dla uchodźców w Europie, ale z tych pieniędzy rządy budują mury wokół obozów. Unia na pewno da Polsce pieniądze na adaptację. Obawiam się jednak, że te środki będą – tak jak wcześniej – przekazywane MSWiA, które miałoby ogłosić konkurs (grantowy – red.). Żadna z organizacji, które zajmują się uchodźcami, nie jest partnerem Unii, dlatego nie może bezpośrednio starać się o takie wsparcie. Problem w tym, że kiedy w 2015 r. MSWiA takie pieniądze otrzymało, przez dwa lata w ogóle nie ogłosiło takiego konkursu.
To co się z tymi pieniędzmi stało?
Nie wiadomo.