Ludzie Nawalnego słusznie zakładali, że akurat ich władze do wyborów nie dopuszczą. Zdecydowali więc, by rozprowadzić wśród przeciwników Władimira Putina aplikacje, które tuż przed wyborami poinstruują, na kogo głosować. Otoczenie Nawalnego miało zarekomendować osobę, która z jednej strony wygląda na uczciwą, a z drugiej nie startuje z Jednej Rosji. Cele projektu tłumaczył DGP Siergiej Biespałow, szef sztabu Nawalnego w Irkucku. – Ci nowi niekoniecznie będą od Nawalnego. To mogą być komuniści, którzy czasem mówią kompletne bzdury. Ale liczy się co innego. W Moskwie do rady miasta w 2020 r. udało się wejść paru opozycjonistom i teraz dużo trudniej defraudować środki, bo ci radni, mniej więcej niezależni, przyglądają się każdemu rublowi – mówił. Przeciwnicy Putina częściowo posłuchali tych wezwań. Wielu moich rosyjskich znajomych po raz pierwszy w życiu głosowało na komunistów, choć zdawali sobie sprawę z ich roli w systemie, bo w przypadku wielu JOW tak doradzili im „nawalniści”. Biespałow prognozował, że dzięki Inteligentnemu Głosowaniu uda się zdobyć 20–40 mandatów. Nadzieje budziło zwycięstwo opozycji w ubiegłorocznych wyborach do rady miejskiej w Tomsku.
Efekt był znacznie gorszy. Według wstępnych wyników spoza Jednej Rosji będzie pochodzić 27 deputowanych z okręgów jednomandatowych, ale tylko 14 z nich otrzymało rekomendacje ludzi Nawalnego. Z tej grupy, jak pisze portal Meduza.io, czterech okazało się kandydatami uzgodnionymi z administracją, więc jedynie 10 miejsc zajęli kandydaci nieutrzymujący związków z Kremlem. Siedmioro startowało z szeregów Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej, a troje – z lewicowo-narodowej Sprawiedliwej Rosji. Trudno powiedzieć, kto z nich spełni oczekiwania opozycyjnych wyborców i wykorzysta mandat, by patrzeć władzy na ręce. Trudno też powiedzieć, czy Inteligentne Głosowanie miało wpływ na ich wynik. Można założyć, że tak się stało w przypadku Aleksieja Didienki z Tomska, o którego zwycięstwie zdecydowały głosy Rosjan oddane w Londynie i Paryżu (w komisjach zagranicznych raczej się nie fałszuje), ale akurat on należy do tej czwórki z listy Nawalnego, która jest uważana za powiązaną z Kremlem.
Wynik mógł być lepszy w Moskwie. W większości z 15 stołecznych JOW jeszcze na ostatniej prostej prowadzili kandydaci Inteligentnego Głosowania, ale gdy władze – po wielu godzinach zwłoki – dołączyły do wyników głosy z eksperymentalnego głosowania elektronicznego, w każdym wypadku wyprzedzili ich kandydaci władzy (niekoniecznie z Jednej Rosji). Analiza statystyczna wyborów w Rosji, przeprowadzana tradycyjnie przez Siergieja Szpilkina, wykazała rekordowo dużą skalę fałszerstw. Zdaniem Szpilkina Jedna Rosja realnie otrzymała 31–33 proc. głosów w części proporcjonalnej, a nie 50 proc., jak podała Centralna Komisja Wyborcza. Ale akurat ludzie Nawalnego musieli się spodziewać fałszowania wyborów. Pytanie, czy Nawalny musiał się dać wysłać do łagru i nagiąć kręgosłupy zwolenników, by ci, zaciskając zęby, zagłosowali na pogardzanych komunistów, skoro efekt jest tak mizerny.
Z praktycznego punktu widzenia ta taktyka legła w gruzach, częściowo ze względu na fałszerstwa, a częściowo – blokowanie jakichkolwiek odniesień do pomysłu w rosyjskim internecie. Pozostaje więc doszukiwanie się korzyści pośrednich, mniej jednoznacznych i bardziej długofalowych. Ciekawą interpretację zaproponował publicysta Anton Szechowcow. Jego zdaniem sukcesem ludzi Nawalnego jest upolitycznienie społeczeństwa. Rosjanie zainteresowali się wyborami, aktywnie poszukiwali sposobu na pokonywanie przeszkód i blokad tworzonych przez Kreml, uświadamiali sobie istnienie i sposób działania antydemokratycznych mechanizmów służących Putinowi do stabilizacji układu i osiąganiu pożądanego wyniku. Pytanie, czy teoretyzowanie przekona rozczarowanych fanów Nawalnego, którzy dziś szydzą, że może tym razem znów się nie udało, ale za to za cztery lata… – ho, ho! ©℗