Gdy świat obiegły zdjęcia zrozpaczonych ludzi chwytających się samolotów na pasie startowym kabulskiego lotniska i fotografie talibów w opuszczonych przez rząd gabinetach rządowych, Biden musiał wygłosić i tak odwlekane orędzie. – Mogłem dotrzymać umowy, jaką zawarliśmy za czasów prezydenta Trumpa, albo wrócić do walki z talibami w środku wiosny, w dogodnym czasie do bitwy dla najsilniejszych militarnie od 2001 r. talibów – oświadczył Biden. – Twardo stoję na swoim stanowisku. Amerykańskie siły nie mogą i nie powinny walczyć i umierać na wojnie, której nie chce toczyć samo afgańskie wojsko – kontynuował prezydent. Biden wybrał więc drogę graniczącej z pychą konsekwencji, uporu i obrony niepopularnych decyzji. Politycznie to najlepsze, co mógł zrobić; większość dziennikarzy ma pamięć złotej rybki i za tydzień zajmą się czymś innym. Głowa amerykańskiego państwa chce przeczekać przynajmniej pierwszą falę kryzysu i przebrnąć przez nią samą siłą woli. Prezydent z premedytacją nie odniósł się do szczegółów wydarzeń na miejscu, a czasu na pytania mediów nie przewidziano.
Jednak to, że Biden może przetrwać krytykę, nie oznacza, że sprawa ma tylko doraźny wymiar i umrze tak szybko, jak szybko amerykańskie i globalne media zwrócą oczy w inną stronę. Obrazki ludzi pozostawionych samym sobie, chaosu na kabulskim lotnisku i bojowników przejmujących stolicę bez walki uderzają w samo sedno amerykańskiego mitu, w to, co Ameryka myśli o sobie, i co chce, by myślał o niej świat. USA jako państwo ufundowane przez dysydentów i najambitniejszych wolnomyślicieli wśród poddanych króla Jerzego po dziś dzień przedstawia się jako protektor wszystkich demokratów na świecie. Do niedawna przecież Ameryka widziała swoją globalną rolę tak szeroko, że brak demokracji czy naruszanie praw człowieka gdzieś na świecie było same w sobie wystarczającym uzasadnieniem dla jej działań. Tak jakby wszyscy represjonowani czy uciskani na świecie ludzie sami byli kolejną generacją dzielnych i zbuntowanych pionierów, którzy przed wiekami zjednoczyli amerykańskie kolonie i powołali do życia demokratyczne państwo. Tymczasem przedstawiciele afgańskiego społeczeństwa obywatelskiego, którzy uwierzyli w demokratyczne instytucje i z takich czy innych powodów zdecydowali się współpracować z Amerykanami, zostali sami na łasce talibów.
Reklama
Ameryka ma w swojej historii kilka podobnie hańbiących epizodów – opuszczenie Kurdów w 2019 r., upadek Sajgonu w 1975 r., zawrócenie statku z żydowskimi uciekinierami z hitlerowskich Niemiec w 1939 r., których po powrocie na Stary Kontynent czekała śmierć. Każda z tych dat jest wspominana z goryczą, bo każda boleśnie przypomina, jak praktyka może się rozjechać z deklarowanymi wartościami. Właśnie dlatego jeszcze kilka tygodni temu prezydent Biden zapewniał, że w Afganistanie nie powtórzy się historia z Wietnamu; wspomnienie tamtego upokorzenia jest przestrogą dla kolejnych prezydentów nawet pół wieku później.
Sprawa jest podwójnie kompromitująca z powodu hipokryzji czy dwójmyślenia samych amerykańskich demokratów. Przez ostatnie lata powtarzali, że za czasów Donalda Trumpa Ameryka wycofała się z przodującej roli na świecie, opuściła sojuszników i stała się nieprzewidywalnym i cierpiącym na brak wiarygodności, sklerotycznym kolosem. Antony Blinken – dzisiejszy szef dyplomacji Bidena – grzmiał w kolejnych esejach o tym, że polityka „America first” jest porażką i tchórzostwem. Jeszcze niedawno ten sam Blinken pisał na łamach „Washington Post” czy „Foreign Affairs”, że Ameryki na Bliskim Wschodzie nie jest za dużo, lecz wciąż za mało. I że powinna była mocniej zaangażować się w Afganistanie, Iraku, Syrii, Libii itd…
„Dowiedzieliśmy się już, że świat nie rządzi się sam. Jeśli Stany Zjednoczone abdykują z głównej roli w kształtowaniu międzynarodowych reguł i instytucji – i mobilizowania innych do ich obrony – stanie się jedna z dwóch rzeczy. Jakaś inna siła lub siły wkroczą i popchną świat w kierunku korzystnym dla ich własnych interesów i wartości, nie naszych. Lub – co jeszcze bardziej prawdopodobne – świat osunie się w chaos i konflikt, pochłonie nas dżungla, jak w latach 30. XX w.” – pisali w 2019 r. Blinken i Robert Kagan w „Washington Post”, gdy prezydentem był Trump.
Jednocześnie ci sami ludzie, którzy tak krytykowali politykę Trumpa, nie tylko sami zdecydowali się ją kontynuować – wraz z uznaniem na powrót Chin za głównego przeciwnika – lecz także doprowadzić do logicznego końca. Ameryka robi dziś dokładnie to, czego chcieli wyborcy Trumpa (a poźniej do pewnego stopnia i Bidena). Wycofuje się z Afganistanu, nie broni cudzych demokracji, nie inwestuje w promocję wolności na drugim końcu świata. A zarazem robi to rękami ludzi, którzy przez całe swoje kariery opowiadali i myśleli coś zupełnie przeciwnego. Także Biden, który dziś udaje izolacjonistę i przekonuje, że budowanie demokracji w Afganistanie go nie obchodzi, ledwie wczoraj zapisał się do tego obozu. Może więc dlatego nie miał na tę okazję planu i może dlatego wycofanie się Ameryki z Afganistanu wygląda tak, jak wygląda.