Konferencja o przyszłości Europy, cykl spotkań i otwartych debat najważniejszych europejskich polityków w sprawie przyszłości Unii Europejskiej – oczko w głowie francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona, miała wzmocnić Wspólnotę i wyznaczyć jej jasny kierunek działania na nadchodzącą dekadę. W dyskusję zaangażowani mają zostać także obywatele i organizacje pozarządowe. Początkowo planowano jej start na 9 maja zeszłego roku, ale konferencja zaliczyła poślizg. Oficjalnym powodem jest pandemia, ale przyczyna leży też gdzie indziej. – Wbrew powszechnej opinii to nie COVID-19 uniemożliwił jej rozpoczęcie, ale brak wspólnej umowy pomiędzy trzema głównymi instytucjami UE co do celów, zakresu i procedur – komentuje Alberto Alemanno, profesor prawa i założyciel organizacji pozarządowej Good Lobby.
Różne wizje
Miało się zacząć od tego, że Rada z krajami członkowskimi oraz Parlament i Komisja Europejska wspólnie uzgodnią deklarację co do spodziewanych rezultatów i organizacji paneuropejskiej debaty. Okazało się jednak, że każda instytucja ma własną wizję, a wszystkie trzy trudno pogodzić.
Najdalej w swoich postulatach poszedł europarlament. Nie wyklucza zmian w prawie wyborczym, w tym ustalenia jednej ponadnarodowej listy w wyborach europejskich. Eurodeputowani są też gotowi rozmawiać o zmianach w traktatach. Parlament Europejski wzywał też kraje członkowskie do podjęcia konkretnych działań i do otwarcia się na wszelkie możliwe rozwiązania. To echo pomysłów proponowanych przez Macrona, który chciałby pogłębienia integracji w strefie euro i wzmocnienia kompetencji organów centralnych UE. Ostrożniej do sprawy podeszła Komisja Europejska. Nie wykluczyła reformy wyborczej i sposobu wyłaniania przywódców europejskich, nie przesądzając jednak sprawy traktatów. Najbardziej zachowawcza jest Rada, w której do pogodzenia są głosy wszystkich 27 stolic. W swoim stanowisku nie wspomina o żadnej z tych spraw. Skupia się na wychodzeniu z kryzysu wywołanego przez pandemię.
Spór o wizję i cel konferencji o przyszłości Europy wywołał kolejny konflikt – o to, kto stanie na jej czele. Pierwotnie planowano, że debatę poprowadzi „wybitna europejska osobowość”. Jej wyłonienie nie poszło jednak gładko. Mówiło się m.in. o byłej duńskiej premier, socjaldemokratce Helle Thorning Schmidt, ale jej afiliacja polityczna nie gwarantowała niezależności, jakiej oczekiwały kraje członkowskie w Radzie. Potem europarlament zaczął promować kandydaturę Guya Verhofstadta, byłego premiera Belgii, obecnego europosła kierującego liberalną frakcją Odnowić Europę. Ta propozycja również byłaby trudna do zaakceptowania dla wielu stolic. Belg kojarzony jest z opcją w UE, która zakłada jej federalizację i zwiększanie uprawnień europejskiego centrum kosztem kompetencji państw członkowskich. Obawiano się, że kierując konferencją o przyszłości Europy, Verhofstadt mógłby próbować realizować agendę własnej siły politycznej, której najsilniejszym ogniwem jest partia Emmanuela Macrona.
Trzech szefów
Wiele wskazuje, że impas udało się przełamać w zeszłym tygodniu. Zamiast jednej wybitnej osobowości konferencję poprowadzi triumwirat złożony z szefów unijnych instytucji. – Krajom członkowskim zajęło prawie rok ustalenie, że nie zgadzają się co do przywództwa – komentuje Alberto Alemanno. W jego ocenie trzyosobowe gremium wydaje się dobrym sposobem na rozwiązanie konfliktu pomiędzy instytucjami, który wywołał spektakularne opóźnienie na starcie konferencji. Jest to także sposób na to, by zwiększyć odpowiedzialność europejskich decydentów. – Ostatecznie obywatele będą mogli zobaczyć, która z trzech instytucji jest mniej chętna do wcielania w życie propozycji – podkreśla ekspert. Czy to czas na zmiany traktatów? – Za wcześnie, by o tym mówić, ale wydaje mi się, że konferencja wystartuje przede wszystkim jako otwarta platforma służąca szerszym konsultacjom, bez ustalonej agendy. To może dać początek zupełnie nowym procesom w UE, w których głos obywateli zacznie być słyszalny – dodaje.
Pomysł konferencji o przyszłości Europy narodził się wiosną 2019 r. jeszcze przed wyborami do europarlamentu. Był intensywnie promowany przez francuskiego prezydenta. Macronowi udało się przekonać do podpisania wspólnej deklaracji w tej sprawie Angelę Merkel, kanclerz Niemiec. W dokumencie zapisano, że Europa w przyszłości ma być bardziej zjednoczona i suwerenna, a konferencja ma w tym pomóc. Merkel zgodziła się też na zmiany instytucjonalne w UE. Pomysł rozwinęła wybrana po wyborach na przewodniczącą KE Ursula von der Leyen.
To nie pierwsza próba zreformowania UE. Jeszcze zanim Macron został prezydentem Francji, do reformy Wspólnoty wezwał Jean Claude Juncker, poprzednik von der Leyen na stanowisku szefa Komisji Europejskiej. Miało to miejsce po kryzysie migracyjnym, a w oczekiwaniu na brexit. W marcu 2017 r. ówczesny przewodniczący KE zaproponował białą księgę, w której wskazał pięć scenariuszy na przyszłość UE, ze zmianą traktatów włącznie. Jako termin na podjęcie rozstrzygnięć proponowano wówczas 60. rocznicę podpisania traktatów rzymskich. Owszem, przywódcy 27 krajów członkowskich podjęli deklarację na okolicznościowym szczycie 25 marca 2017 r. w Rzymie, ale zabrakło w niej ambitnych planów na przyszłość, o jakie apelował Juncker. W zasadzie można powiedzieć, że z pięciu scenariuszy wygrała opcja pierwsza w jego białej księdze – kontynuacja.
Nazwa konferencji nawiązuje do 2003 r. i ciała o nazwie „Konwent o przyszłości Europy”, które opracowało konstytucję dla Europy. Dokument ten nigdy nie wszedł w życie.