Jak już po wyjeździe polityka do Niemiec ustalili dziennikarze, Federalna Służba Bezpieczeństwa zaczęła operację, która miała się zakończyć zamordowaniem Nawalnego od razu po tym, jak ogłosił zamiar startu w wyborach prezydenckich w 2018 r. Do tamtego głosowania go nie dopuszczono, bo władze zawczasu zadbały o wyrok skazujący w sfingowanej sprawie, który uniemożliwiał ubieganie się o najważniejsze stanowisko. Gdy w sierpniu 2020 r. spróbowano go otruć, Władimir Putin przekonywał, że „gdyby chciano, toby otruto”, jednak mit o wszechmocy rosyjskich służb jest daleki od rzeczywistości. Dość powiedzieć, że gdy w 2016 r. próbowały zorganizować pucz w Czarnogórze, finansowały go przekazami przez Western Union z adresem zwrotnym siedziby wywiadu wojskowego.
Nawalny wyjechał na leczenie do Niemiec, co władze wykorzystały jako pretekst do podjęcia próby odwieszenia wyroku ciążącego na nim w innej sfingowanej sprawie. Otóż polityk miał nie powiadomić o wyjeździe, czym naruszył warunki zawieszenia kary. Samolot, którym wracał do kraju, zamiast na Wnukowie, w ostatniej chwili zmienił trasę i wylądował na Szeremietiewie. Aby uniemożliwić zwolennikom Nawalnego powitanie go na tym pierwszym lotnisku, policja zablokowała drogi wyjazdowe z Wnukowa, a kilkadziesiąt osób zatrzymano. Nawalny spędził noc na komisariacie w Chimkach, dokąd wczoraj sprowadzono sędziów, którzy łamiąc wszelkie normy procesowe, zdecydowali o zatrzymaniu go w areszcie aż do rozprawy w sprawie ewentualnego odwieszenia kary więzienia. Na ścianie wisiało zdjęcie Gienricha Jagody, szefa NKWD w latach 1934–1936.
Innymi słowy, władze najpierw próbowały Nawalnego zamordować, a gdy wracał do kraju z długotrwałej terapii, wtrąciły go za kraty. Runet, czyli rosyjski internet, zalał czarny humor. Według jednego z żartów Nawalny ma być sądzony za defraudację mienia państwowego w postaci dawki nowiczoka, którą chciano go otruć, względnie za zdradę tajemnicy państwowej w postaci wywiezienia zatrutego nowiczokiem organizmu do wrogiego państwa NATO. Władze tymczasem dowodzą, że Nawalny nie stanowi dla nich żadnego zagrożenia. Dmitrij Pieskow, rzecznik Putina, pytany w niedzielę o jego zatrzymanie udawał, że nie wie, o co chodzi, i dopytywał, czy polityk został zatrzymany jeszcze w Niemczech.
Nacjonalistyczny „Regnum” zatytułował swój materiał „W Moskwie zatrzymano blogera z dwoma wyrokami, który wrócił z Niemiec”. Putin przesądnie nigdy nie wymawia jego nazwiska. Mówi o nim per „ten człowiek” albo „ten pan”. To musi być zresztą ponadnarodowy przesąd przywódców Państwa Związkowego, bo i Alaksandr Łukaszenka nie wymienia nazwiska Swiatłany Cichanouskiej, posiłkując się omówieniami – w domyśle poniżającymi – w rodzaju „gospodyni domowa”. Podobieństw jest więcej. Gdy w niedawnym wywiadzie z Łukaszenką rosyjska dziennikarka Naila Askier-zadie zapytała o los uwięzionej opozycjonistki Maryi Kalesnikawej, rozmówca w pierwszym odruchu też udawał, że nie wie, o kogo chodzi.
Nieprzypadkowo nawiązuję do białoruskich kontekstów. To jeden z głównych powodów strachu przed Nawalnym. Trwających od wiosny 2020 r. protestów na Białorusi, które wzmogły się po sfałszowanych w sierpniu wyborach, nie dało się przewidzieć jeszcze w lutym 2020 r. Skoro przeciwko dyktatorowi zdołali wystąpić Białorusini, naród spokojny i stereotypowo cierpliwy, dlaczego nie mieliby tego uczynić Rosjanie? Lokalnie takie ogniska długotrwałego protestu stale się pojawiają, by wymienić wielomiesięczne manifestacje w Chabarowsku w obronie popularnego gubernatora. Na Kremlu nie może to nie wywoływać skojarzeń z falą rewolucji, które w latach 2003–2005 doprowadziły do upadku władz Gruzji, Ukrainy i Kirgistanu. Po latach wiemy, że Putin autentycznie bał się wówczas takiego scenariusza na swoim podwórku. Nie ma powodu, by uznać, że po Mińsku ten strach nie wrócił.
Poza kontekstem zewnętrznym Nawalny sam w sobie jest rywalem problematycznym. Poza odwagą cechuje go niespotykana kreatywność. Jego Fundacja Walki z Korupcją regularnie publikuje materiały śledcze dokumentujące życie ponad stan rosyjskiej kasty przywódców. Rekordowo popularne filmy notują dziesiątki milionów odsłon. Polityk nie potrzebuje dostępu do mediów państwowych, bo ma własny kanał na YouTubie z ponad 4 mln subskrybentów i własną telewizję internetową Nawalny Live, którą także oglądają miliony. Potrafi przekształcić aktywność polityczną w powszechnie oglądane show; relację na żywo z jego powrotu i zatrzymania na lotnisku tylko na jego własnym kanale obejrzało 3,7 mln ludzi.
Potrafi grać na połowie przeciwnika. Skoro władze blokują jego kandydatów w wyborach, wymyślił metodę „mądrego głosowania”, czyli oddania głosu na najsilniejszego kandydata spoza kremlowskiej Jednej Rosji. W efekcie raz wezwie do głosowania na komunistę, raz na nacjonalistę, ale chodzi o to, by pozbawić miejscowe władze wizerunku wszechmocnych. Skoro do rady miał wejść uzgodniony z Moskwą „jedinoross”, wpisujący się w istniejący od dawna układ, a wchodzi komunista, może i proputinowski, ale jednak nieplanowany, wśród urzędników pojawiają się pytania, czy Kreml faktycznie jest żelaznym gwarantem przyszłości. Na tym pomyśle wzorują się już inni, ostatnio choćby kazachska opozycja. Najważniejszą próbą „mądrego głosowania” będą wrześniowe wybory parlamentarne. Nawalny wrócił, bo miał się do nich szykować.
Przy tym polityk ma coś jeszcze, co odróżnia go od reszty opozycjonistów. Jego poglądy są zbliżone do opinii przeciętnego Rosjanina. Nazywa Jedną Rosję „partią oszustów i złodziei”, ale zdecydowanie wsparł inwazję na Gruzję w 2008 r., a o ewentualnym zwrocie Krymu Ukrainie mówił, że „to nie kanapka z kiełbasą, żeby go przekazywać w tę i we w tę”. Nie odczuwa nostalgii za demokracją w wersji z lat 90., co także zbliża go do odczuć narodu, który lata 90. kojarzy ze zubożeniem i uliczną bandyterką, a nie, jak rosyjscy liberałowie, z koniecznymi reformami. Putin się go boi, bo tym razem, być może po raz pierwszy od czasów Michaiła Chodorkowskiego, naprawdę ma kogo. Chodorkowski spędził za to lata w łagrze, ale wyszedł, bo zgodził się emigrować. Czy Putin szykuje podobny los Nawalnemu, przekonamy się niebawem.