Minął miesiąc od wdrożenia ustawy podatkowej. Styczniowe zamieszanie, znacznie niższe wypłaty dla części grup zawodowych to porażka?
Jeszcze za wcześnie, by oceniać skutki reformy podatkowej. Nawet nie wszyscy podatnicy otrzymali wynagrodzenia wedle nowych zasad, bo w niektórych zakładach wypłacane są 10. dnia miesiąca. Nie mamy zatem danych liczbowych, które pozwoliłyby podsumować reformę podatkową nawet po pierwszym miesiącu. Pierwszą miarodajną ocenę da dopiero roczne rozliczenie PIT za 2022. Natomiast naiwnością byłoby oczekiwanie, że przy tak dużych zmianach wszystko przebiegnie bez problemów na samym początku. Zamieszania nie udało uniknąć nawet w USA przy wdrażaniu Obama Care.
Wygląda jednak na to, że nawet rządzący są zaskoczeni skalą tych kłopotów. Nie ma tygodnia bez interpretacji, nowelizacji.
Reklama
Najważniejsze, żeby jak najszybciej naprawiać i modyfikować przepisy, które umknęły wszystkim interesariuszom podczas konsultacji. I widzę gotowość do korekt - zarówno ze strony urzędników resortu finansów, jak i KAS.
To, czego mogło być może więcej pod koniec 2021 r., to rzetelnych informacji na temat reformy podatkowej. Część pracodawców i księgowych wdrożyła nowy sposób rozliczeń, a część nie. A to też jest zadanie państwa, żeby w odpowiedni sposób poinformować o zmianach, jakich formalności należy dopełnić.

Reklama
Nie żałuje pan, że reforma nie poczekała rok na wejście w życie? Zwłaszcza że została uchwalona w ostatniej chwili.
Moment wychodzenia z kryzysu jest najlepszy na wprowadzanie zmian strukturalnych. To m.in. dlatego już w kwietniu 2020 r. jako PIE przedstawiliśmy 10 rekomendacji na wyjście z pandemii, w tym propozycję reformy systemu podatkowo-składkowego, także zwiększenie nakładów na system ochrony zdrowia. Teraz rekomenduje to Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy, a wcześniej przez lata podobne rekomendacje kierowało OECD do rządzących w Polsce.
W internecie i wewnętrznie w PiS w ramach szukania winnych za błędy w Ładzie to Piotr Arak występuje jako niegdysiejszy współpracownik Michała Boniego i osoba, która wymyśliła Ład, przez który teraz PiS ma kłopoty.
Trudno się odnosić do wpisów internetowych trolli w sytuacji, gdy mój życiorys zawodowy zawsze był jawny. PIE, którym kieruję, jest jednostką analityczną. Podobnie jak PISM czy OSW dostarczamy analizy ministerstwom i kancelarii premiera. W naszym przypadku dotyczą one obszaru polityki gospodarczej - przedstawiamy rzetelne dane i rekomendacje z zakresu ekonomii bo taka jest nasza rola, jak każdego think tanku.
Czy zmiana w kierunku zwiększenia progresji była planem rządzących nawet bez rekomendacji PIE?
Nie wiem, to nie jest pytanie do mnie. Ja o progresji i reformie systemu podatkowego pisałem już dekadę temu. A jak już wspomniałem - wiosną 2020 r. przedstawiliśmy opinii publicznej różne pomysły na reformy. Ale to nie my podejmujemy decyzje.
Czyli 30 tys. kwota wolna czy próg 120 tys. to nie wasze pomysły?
Oba te rozwiązania oceniam pozytywnie i trochę się dziwię, że tyle lat musiało minąć od poprzednich zmian progów podatkowych.
Ład działa od stycznia i przez cały czas jest korygowany, dochodzą kolejne grupy, które mają nie stracić, czy to nie wypacza jego pierwotnych założeń?
Korekty nie zmieniają tego, co w tej reformie najważniejsze, a więc wprowadzenie progresji podatkowej i wyższych nakładów na zdrowie. Większość ekonomistów, analityków i polityków różnych opcji zgadza się, że powinien u nas funkcjonować progresywny system podatkowy. Nawet jeśli nie akceptują wszystkich elementów obecnej reformy, to popierają kierunek zmian i ich skutek - zwiększony strumień pieniędzy płynący do ochrony zdrowia. Na kolejnych etapach trzeba rozważyć, czy jakieś elementy systemu nie powinny być uproszczone.
Pojawiają się postulaty zawieszenia Polskiego Ładu. Czy to w ogóle wchodzi w grę?
To jest pytanie do rządu i konstytucjonalistów. Według dotychczasowych interpretacji ustawy zasadniczej nie można modyfikować systemu podatkowego na niekorzyść podatnika w ciągu roku. Dziś anulowanie reformy oznaczałoby stratę dla 18 mln podatników czy 11 mln gospodarstw.
Zgodnie z zapowiedziami, jeśli ktoś, dla kogo ta reforma miała być neutralna, traci i wypadałby lepiej przy starej metodzie, dostanie wyrównanie. Czy w praktyce w tym roku będą obowiązywać dwa systemy podatkowe?
To raczej próba znalezienia operacyjnego rozwiązania kwestii nieprawidłowych rozliczeń na początku roku. Po to, żeby w jak najmniejszym stopniu ingerować w system podatkowy w ciągu kolejnych miesięcy. Jak rozumiem, chodzi też o to, by ograniczyć liczbę osób, których dochody minimalnie się obniżą, a które budują w mediach przekonanie o braku korzyści społecznych wynikających z reformy. Z perspektywy makroekonomicznej najważniejsze jest, by najniższe dochody były najmniej opodatkowane. To moim zdaniem, oprócz dofinansowania systemu ochrony zdrowia, jest clou reformy.
Jakie efekty finansowe i gospodarcze tej zmiany zobaczymy w tym roku? Kiedy będzie można powiedzieć - to jest okej?
Prawdopodobnie będziemy to widzieć już w danych za dwa-trzy miesiące. Dodatkowy strumień kilkunastu miliardów złotych, który zostaje w kieszeniach najuboższych podatników, oznacza, że lepiej poradzą sobie z rosnącymi cenami gazu i energii. NFZ dzięki zmianom zyskuje miesięcznie dodatkowo ok. 600 mln zł. Jednocześnie część gospodarstw z górnego decyla dochodowego, która będzie miała niższe przychody, będzie w mniejszym stopniu napędzać konsumpcję na dobra trwałe.
Reforma zawiera więc element proinflacyjny, ale też taki, który wzrost cen może hamować. Banki rewidowały prognozy w zeszłym roku w momencie ogłoszenia zmian, bo wiedziały, że to będzie powodowało szybszy wzrost PKB. Nasze szacunki mówią, że w Polsce wzrost gospodarczy w tym roku wyniesie 4,3 proc.
Niezależnie, jak oceniamy Polski Ład, to zmierzamy ścieżką w stronę zwiększania progresji podatkowej?
Od lat Polska boryka się z nierównościami dochodowymi. Przy braku redystrybucji i poprzednim klinie podatkowo-składkowym - praktycznie liniowym - nasz system opodatkowywał osoby najmniej zarabiające tak samo lub nawet bardziej niż osoby najlepiej zarabiające. Jeżeli 1 proc. najlepiej zarabiających Polaków odpowiada za ponad 37 proc. dochodów w naszej gospodarce, to największym wyzwaniem na kolejną dekadę jest to, jak sobie poradzić z nierównomiernym rozłożeniem tych dochodów. Chodzi o to, żeby przeciwdziałać nadmiernemu rozwarstwieniu społecznemu, które mogłoby doprowadzić do dużych napięć społecznych.
Co z opodatkowaniem majątku? Czy podatek katastralny może się pojawić w ciągu tej dekady?
Ze względu na PRL i kształt podziału dochodów, wywłaszczenia, jakie miały miejsce w tamtym czasie, Polacy nie mieli do tej pory możliwości wielopokoleniowej akumulacji kapitału.
Byliśmy egalitarni…
Zbyt egalitarni. Nie miały szansy u nas powstać fortuny wieloletnie czy też rody, które zarabiałyby z kapitału, z renty. Z tego powodu nie ma w Polsce wielu podatków, które miałyby charakter majątkowy. W krajach Europy Zachodniej tego typu podatki pojawiły się, gdy powstały grupy osób, które miały ogromne majątki. U nas stosunkowo niedawno zaczęły się pojawiać wysokie nierówności dochodowe i majątkowe. Zobaczymy, czy osoby, które mają teraz 70-80 lat, będą przekazywać zgromadzone środki - pieniądze, złoto czy nieruchomości - młodszym pokoleniom. Wtedy dopiero można będzie ocenić, czy pojawi się nadwyżka w kapitale. Gdy będą osoby, które będą miały po kilka czy kilkanaście mieszkań, kamienice, pewnie któryś minister finansów zacznie się zastanawiać, czy to jest optymalna struktura majątkowa i czy zostały w prawidłowy sposób opodatkowane. Ale nieracjonalne byłoby robić to zbyt szybko. Trzeba poczekać na powstanie tych „minifortun”, żeby te podatki miały rację bytu i były społecznie akceptowalne.
Jakie są w tej chwili wyzwania dla polityki gospodarczej?
Kluczowe jest uruchomienie środków z Krajowego Planu Odbudowy.
Rząd mówi, że choć są zablokowane przez KE, to na razie i tak nie potrzebujemy tych pieniędzy, bo gospodarka jest rozgrzana.
To najważniejsza kwestia dla wzrostu gospodarczego w kolejnych latach, ale także dla kursu walutowego czy inflacji. Bez realizacji projektów ze środków KPO możemy zobaczyć obniżony potencjalny rozwój gospodarczy. Środki europejskie wpływają też pozytywnie na wysokość stóp procentowych w Polsce, oprocentowania polskich obligacji, perspektywę dla spłacalności długów przez Polskę. Brak środków z KPO będzie negatywnie oceniony przez agencje ratingowe. Kiedy mamy rekordowo wysoką inflację na świecie, niezwykle ważne jest dla Polski utrzymanie stabilnego kursu złotego w relacji do kluczowych walut.
A co z polityką klimatyczną UE i pakietem Fit for 55?
Mamy tu dwa scenariusze - realizacja polityki energetycznej Polski do 2040 r. i wydanie 890 mld zł do 2040 r. na proces transformacji energetycznej albo pójście ścieżką węglową i wydanie o 20 proc. Więcej, czyli 1,1 bln zł na transformację węglową. Te scenariusze pomijają koszty EUTS w ogólnym rachunku. Modernizacja istniejącej infrastruktury węglowej w Polsce jest droższa niż inwestycje w nowe moce energetyczne pochodzące z energii jądrowej, gazu czy OZE.
Tylko czy jesteśmy w stanie udźwignąć tę transformację? Bo zdaniem części rządu - nie.
A zdaniem ekonomistów z banku Pekao SA, którzy kilka tygodni temu opublikowali na ten temat raport - tak. Natomiast moim zdaniem przed nami jest bardzo trudna dekada transformacji energetycznej. W najbliższych latach członek Unii Europejskiej nie znajdzie finansowania źródeł nieodnawialnych, takich jak węgiel, które będą poza taksonomią UE - zarówno finansowania rynkowego, jak i publicznego z udziałem środków europejskich. Więc koszt dla projektów węglowych będzie bardzo duży. Wyjście z EU EUTS jest równoznaczne z zerwaniem traktatów unijnych i może oznaczać opuszczenie przez Polskę jednolitego rynku, czyli faktyczny polexit, recesję i ukrainizację polskiej gospodarki.
Jak ten miks energetyczny Polski powinien wyglądać?
Konieczna jest dywersyfikacja, żeby mieć zapewniony stały dopływ energii do infrastruktury energetycznej uzupełnionej o OZE. Beztroskie byłoby stwierdzenie, że Polska może korzystać tylko z OZE. Jesteśmy w procesie decyzyjnym dotyczącym budowania energii jądrowej. Najprawdopodobniej też się pojawią prywatne inwestycje w tym obszarze. Do tej pory przecież udaje się realizować cel dochodzenia do OZE, bo w 2020 r. zostało przekroczone 16 proc. udziału w miksie, czyli więcej niż 15 proc. celu. Niemniej jest mało prawdopodobne, byśmy stali się neutralni energetycznie w 2050 r., bo Polska musiałaby zrobić to szybciej niż kraje Europy Zachodniej.
A czy Unia proponuje wystarczające wsparcie w stosunku do celów założonych w Fit for 55?
Poziom tolerancji Brukseli dla wolniejszego dochodzenia do celów, które społeczeństwa i rządy, a przez to i KE wyznaczyły, jest dosyć niski. O ile jeszcze kilkanaście lat temu łatwiej było argumentować, że Polska jest krajem o innym miksie energetycznym i będziemy mieli inną ścieżkę dochodzenia do neutralności, o tyle dziś to bardzo trudna dyskusja. KE uznała, że Zielony Ład jest tak samo ważny dla niej jak tworzenie jednolitego rynku w latach 80. za czasów Delorsa. UE i organizacje międzynarodowe mają dziś przed sobą nowy cel istnienia. W ich interesie jest naciskać pedał gazu, co może być niebezpieczne dla państw europejskiego południa czy Europy środkowej, a więc i Polski.
Galopujące ceny uprawnień do emisji CO2 rodzą ryzyko, że europejskie towary będą jeszcze mniej konkurencyjne?
Społeczeństwa Europy Zachodniej akceptują transformację energetyczną, nawet to, że gospodarstwa domowe mogą płacić więcej za energię, byle tylko iść w kierunku neutralności klimatycznej. W Europie Środkowej i na Południu nie ma aż takiego poparcia, bo rachunki za gaz i prąd stanowią większą część wydatków gospodarstw, bo te są po prostu biedniejsze. KE nie do końca zdaje sobie sprawę, że po wprowadzeniu Fit for 55 w jego obecnej wersji te dodatkowe koszty zwiększą polaryzację społeczną. Jeżeli dolne 20 proc. gospodarstw w UE będzie musiało więcej płacić za prąd, to może znaleźć odzwierciedlenie przy urnach wyborczych, zmieniając układy polityczne w Europie Zachodniej. ©℗
Rozmawiali Grzegorz Osiecki i Tomasz Żółciak
Współpraca Anna Ochremiak
Cała rozmowa na gazetaprawna.pl