Odrzucenie przez Kolumbijczyków porozumienia pokojowego przekreśla szanse prezydenta tego kraju i lidera FARC na najbardziej prestiżową nagrodę na świecie. W piątek przed południem norweski Komitet Noblowski ogłosi tegorocznego laureata Pokojowej Nagrody Nobla. Zgłoszono 376 kandydatur – 228 osób i 148 organizacji. W rekordowym dotychczas 2014 r. było ich 278.
Reklama
Kompletna lista nie jest publikowana, ale niektóre kandydatury są ujawniane przez zgłaszających. Nazwiska innych przewijają się w spekulacjach medialnych. Inna sprawa, że nie należy z tego wyciągać zbyt daleko idących wniosków. W ostatnich latach Komitet Noblowski ma tendencję do zaskakiwania swoimi decyzjami.

Reklama
Jeszcze kilka dni temu za faworytów uchodzili prezydent Kolumbii Juan Manuel Santos i przywódca Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii (FARC) Rodrigo Londono Echeverri (znany także pod pseudonimami Timoleon Jimenez i Timochenko). W sierpniu podpisali oni porozumienie kończące trwającą od 1964 r. wojnę domową.
Ze względu na czas trwania konfliktu oraz liczbę ofiar (zginęło w nim ponad 218 tys. osób) doprowadzenie do jego zakończenia zasługiwałoby na docenienie. Szczególnie że Komitet Noblowski chętnie nagradza przeciwników politycznych, którzy w pewnym momencie razem zaczęli budować pokój. Świadczą o tym nagrody dla Frederika de Klerka i Nelsona Mandeli z RPA w 1993 r., Jasera Arafata, Szymona Peresa i Icchaka Rabina z Izraela w 1994 r. czy Johna Hume’a i Davida Trimble’a z Irlandii Północnej w 1998 r. Tyle że w minioną niedzielę Kolumbijczycy niespodziewanie odrzucili w referendum warunki porozumienia pokojowego. Nie oznacza to wprawdzie powrotu do walk, bo Santos zapowiedział kontynuowanie starań o pokój. Obecnie przyznanie Nagrody Nobla Kolumbijczykom byłoby jednak co najmniej przedwczesne. – Kolumbia spadła ze wszelkich list faworytów – komentował Kristian Berg Harpviken, dyrektor think tanku Peace Research Institute Oslo.
W tej sytuacji rosną szanse, że Komitet Noblowski zechce uhonorować osoby, które doprowadziły do zawarcia porozumienia nuklearnego z Iranem. Jego efektem jest zniesienie sankcji i powrót tego kraju do wspólnoty międzynarodowej. W takim przypadku nagroda mogłaby trafić w ręce szefów dyplomacji Iranu: Mohammada Javada Zarifa i USA – Johna Kerry’ego (i być może Unii Europejskiej – Federiki Mogherini) albo też do głównych negocjatorów Alego Akbara Salehiego ze strony irańskiej i Ernesta Moniza z amerykańskiej. Przyznanie nagrody za porozumienie z Iranem nie tylko byłoby jego docenieniem, ale także wzmocnieniem, co jest ważne w kontekście zbliżających się wyborów prezydenckich w USA (jeden z kandydatów zapowiedział, że jeśli zostanie prezydentem, zerwie umowę).
Wobec pogarszającej się sytuacji w Syrii i braku widoków na zakończenie tam wojny domowej nie będzie niespodzianką, jeśli nagrodę otrzyma jakaś organizacja lub osoba zajmująca się pomocą dla mieszkańców tego kraju lub uchodźców stamtąd. W tym kontekście wymieniane są tzw. Białe Hełmy – luźna sieć blisko 3 tys. ratowników wolontariuszy, którzy zajmują się wydobywaniem ludzi spod bombardowanych w Syrii budynków i udzielaniem im pomocy medycznej. Jak się szacuje, uratowali oni 60 tys. osób. Uhonorowanie Białych Hełmów zwróciłoby uwagę świata na ich istnienie i działalność, w której sami ryzykują życiem – w czasie nalotów zginęło ok. 160 ratowników. Na dodatek z premedytacją są oni obierani za cel ataku przez siły reżimu. Możliwe jest także przyznanie zbiorowej nagrody mieszkańcom wysp greckich, którzy mimo ciężkiego kryzysu gospodarczego w kraju postawieni wobec takiej konieczności nie odmówili pomocy uchodźcom napływającym masowo z Syrii i innych krajów ogarniętych konfliktami.
W związku z Syrią wymieniane są też nazwiska aktorki Susan Sarandon, która w czasie ostatnich świąt Bożego Narodzenia przyjechała na grecką wyspę Lesbos, by pomagać uchodźcom, oraz Angeli Merkel, która w zeszłym roku otwarła dla nich granice Niemiec. Obie te kandydatury mają jednak mniejsze szanse – Sarandon nie ryzykuje własnym życiem jak np. członkowie Białych Hełmów, zaś decyzja niemieckiej kanclerz o otwarciu granic budzi duże kontrowersje, była źle przygotowana organizacyjnie, poza tym Komitet Noblowski stara się unikać wyróżniania urzędujących szefów państw (nagroda na zachętę dla Baracka Obamy w 2009 r. była wyjątkiem – i jak się ocenia – błędem).
Wysoko też stoją akcje Swietłany Gannuszkiny, rosyjskiej działaczki na rzecz praw człowieka, od lat zajmującej się pomocą dla uchodźców i imigrantów. Wyróżnienie jej byłoby nie tylko zwróceniem uwagi na ich los, ale także na sytuację organizacji pozarządowych w Rosji, które są coraz bardziej prześladowane. – Od czasu, kiedy zaczęło się w Rosji odchodzenie od demokracji, które przyspieszyło z powrotem Władimira Putina na urząd prezydenta, żadna Pokojowa Nagroda Nobla nie była zauważeniem sytuacji w Rosji – mówi Harpviken.
Podobnie jak w poprzednim roku w spekulacjach często przewijają się nazwiska Edwarda Snowdena, który ujawnił skalę inwigilacji prowadzonej przez amerykańskie służby specjalne, i papieża Franciszka, choć praktyka ostatnich lat wskazuje, że większe szanse mają osoby i organizacje mniej znane. Komitet lubi zaskakiwać, ale jednej rzeczy można być pewnym – nagrody nie dostanie Donald Trump. Kandydat na prezydenta USA został zgłoszony, ale za „budowanie pokoju poprzez siłę”.