Miała opinię kraju, który najlepiej wyszedł na arabskiej wiośnie. A właśnie upadł tam rząd, który nie poradził sobie z wyzwaniami gospodarczymi.
Reklama
Wczoraj rozpoczęły się negocjacje w sprawie powołania nowego gabinetu – w sobotę parlament przegłosował wotum nieufności wobec gabinetu Al-Habiba as-Sida, który przetrwał półtora roku. Jednym z pomysłów jest utworzenie rządu jedności narodowej. Wariant ten forsuje prezydent Al-Badżi as-Sibsi, który jednocześnie poprosił as-Sida, żeby kontynuował administrowanie krajem, dopóki nie zostaną wyłonione nowe władze. Biorąc pod uwagę sytuację na scenie politycznej – proces ten może potrwać nawet kilka miesięcy.
Tunezja nie ma jednak czasu na spory. Od upadku reżimu prezydenta Zajna al-Abidina ibn Alego minęło ponad pięć lat, a nowe, demokratycznie wybrane władze wciąż nie poradziły sobie z trapiącymi kraj patologiami, włącznie z tymi, które doprowadziły do wybuchu arabskiej wiosny.
Dziennik Gazeta Prawna
Najbardziej palącym problemem jest brak pracy. Oficjalnie bezrobocie na koniec I kw. wynosiło 15,7 proc., ale nie rozkłada się ono równomiernie między regionami kraju. O ile w stołecznym Tunisie przyjmuje wartości jednocyfrowe, o tyle w środkowo-zachodniej części kraju przekracza 30 proc. Co więcej, szczególnie dotkliwe jest wśród ludzi młodych. Najświeższe dane, którymi dysponuje Bank Światowy (z końca 2014 r.) wskazują, że 35 proc. młodych nie ma pracy. Nieproporcjonalnie bardziej dotknięte bezrobociem są też osoby słabiej wykształcone, które stanowią dwie trzecie pozostających bez pracy.
Do tego dochodzą inne patologie rynku pracy, jak zatrudnianie na umowach śmieciowych. W opublikowanym w kwietniu raporcie dotyczącym tunezyjskiego rynku pracy eksperci Banku Światowego wskazali, że w takich warunkach pracuje 30–45 proc. zatrudnionych. To oczywiście nie pomaga budżetowi kraju, ponieważ ze śmieciowych umów nie odprowadza się składek. Porewolucyjne rządy postanowiły sobie poradzić z tym problemem, zwiększając zatrudnienie w sektorze publicznym. Tylko w latach 2010–2014 spuchł on o jedną piątą. Część tego zatrudnienia była związana z dodatkową rekrutacją do służb porządkowych w związku z pogorszeniem się sytuacji w zakresie bezpieczeństwa i zamachami terrorystycznymi.
Taka polityka jest jednak kosztowna. O ile w 2010 r. na wynagrodzenia w sektorze publicznym Tunis wydawał 10,7 proc. PKB, o tyle w 2015 r. było to już 13,3 proc. PKB. Zresztą polityka tworzenia miejsc pracy w oderwaniu od realnego zapotrzebowania na nie zachęca do marnotrawstwa. Koronnym przykładem jest poziom zatrudnienia w państwowej firmie Tunisian Chemical Group, które wzrosło z 5 tys. osób w 2010 r. do 16 tys. dwa lata później, chociaż produkcja fosforanów spadła z 8 mln do 2,5 mln ton.
Niestety, w społecznym odbiorze nowe miejsca pracy były tworzone głównie dla członków rodzin menedżerów i urzędników. A ludzie są zdesperowani, żeby zdobyć jakąkolwiek pracę. Pokazał to przykład 28-letniego Rizy Jahjawiego, który w styczniu wszedł na słup energetyczny i popełnił samobójstwo, dotykając przewodów wysokiego napięcia po tym, jak odmówiono mu rządowej posady. Po jego śmierci wybuchły zamieszki. Przypomniało to wszystkim historię, od której w Tunezji zaczęła się arabska wiosna. W grudniu 2010 r. właściciel straganu z warzywami Muhammad Abu Azizi podpalił się po tym, jak policja skonfiskowała mu jego stragan.
Patologiom na rynku pracy nie sprzyja również rachityczny wzrost gospodarczy, który w ubiegłym roku wyniósł 0,8 proc. To zdecydowanie za mało, żeby zacząć tworzyć nowe miejsca pracy. Tymczasem Tunezyjczycy świetnie pamiętają, jak w latach 90. gospodarka kraju rosła w średnim tempie 5 proc. rocznie, a jeszcze w dekadzie poprzedzającej wybuch arabskiej wiosny było to 4,5 proc. To również nie poprawia nastrojów społecznych.
Kiepska sytuacja gospodarcza sprawiła, że Tunezja stała się źródłem rekrutów dla samozwańczego Państwa Islamskiego. Zagrożenie terrorystyczne wisi także nad samą Tunezją. W listopadzie 2015 r. zamachowiec sambójca wysadził się przy mikrobusie wiozącym funkcjonariuszy obstawy prezydenckiej. Zginęło 12 osób. Z kolei w marcu dżihadyści dokonali zorganizowanego ataku na siły bezpieczeństwa w leżącym 40 km od granicy z Libią miasteczku Bin Kirdan. W walkach zginęło siedmiu cywilów, 13 funkcjonariuszy oraz 46 bojowników. Istnieją obawy, że do podobnych incydentów może dojść wzdłuż granicy z Algierią. Jak wskazuje Anouar Boukhars z Fundacji Carnegie na rzecz Międzynarodowego Pokoju, zarówno deklarujący wierność Państwu Islamskiemu Żołnierze Kalifatu, jak i stowarzyszona z Al-Kaidą Islamskiego Maghrebu brygada Ukba ibn Nafi nasiliły działania rekrutacyjne w kraju.
Nie widać konkretnych planów rozwiązania tych problemów, pomimo że Tunezja otrzymuje pomoc międzynarodową, w tym od USA i Francji. Rząd w Paryżu obiecał przekazać swojej byłej kolonii 1 mld euro w ciągu najbliższych pięciu lat. Tunis w pierwszej połowie tego roku musiał sięgnąć po pomoc międzynarodowych instytucji finansowych, zaciągając pożyczki z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego na łączną kwotę ponad 8 mld dol. Trudno też na razie przewidzieć, z której partii będzie się wywodził nowy premier. Administracja nie będzie miała czasu na adaptację. Porewolucyjne władze zbyt długo wykazywały się niekompetencją i chociażby brakiem koordynacji między poszczególnymi resortami. Tunezja na razie wciąż jest jedyną historią sukcesu po arabskiej wiośnie. Tylko tutaj utrzymała się demokracja. Pytanie brzmi, czy sami Tunezyjczycy nie będą chcieli tego zmienić, jeśli pozytywnych skutków obalenia ibn Alego nie odczują także we własnych kieszeniach.
Bezrobocie młodych wynosi 35 proc., przeważają umowy śmieciowe