MFW uważa, że złagodzenie warunków pomocy finansowej jest konieczne. Niemcy są temu przeciwne, choć pośrednio przyczyniły się do tego, że Ateny nie są w stanie ich wypełnić. Wraca sprawa niewypłacalności Grecji, którą w ostatnich miesiącach nieco przysłonił kryzys migracyjny.
Reklama
Nie widać końca kryzysu / Dziennik Gazeta Prawna
Coraz częściej pojawiają się sygnały o rozdźwiękach między wierzycielami w sprawie dalszej polityki wobec Aten, które nie będą w stanie osiągnąć uzgodnionych celów – m.in. właśnie w efekcie niekontrolowanego napływu imigrantów.
Do czwartku powinien się zakończyć przegląd postępów, których władze greckie dokonały w ramach uzgodnień o trzecim programie pomocowym. Pozytywna ocena tego przeglądu jest warunkiem wpłaty następnej transzy pomocy finansowej, tym razem w wysokości ok. 5 mld euro. Grecja ma nieustanny kłopot z realizacją na czas i w całości wszystkich uzgodnień, ale jest jeszcze poważniejszy problem – coraz bardziej oczywiste się staje, że ustalone w połowie zeszłego roku warunki są zupełnie nierealistyczne. Zgodnie z nimi Grecja przez wiele następnych lat powinna mieć pierwotną nadwyżkę budżetową – czyli różnicę między przychodami a wydatkami, nie uwzględniając spłaty długów i odsetek – w wysokości 3,5 proc. PKB.
Na nierealność tego zwraca uwagę Międzynarodowy Fundusz Walutowy. – 3,5 proc. w krótkim okresie może być osiągalne w efekcie heroicznych, podkreślam, naprawdę heroicznych wysiłków ze strony Grecji i Greków. Jesteśmy w tej sprawie sceptyczni – oświadczyła w zeszłym tygodniu szefowa MFW Christine Lagarde. Według prognoz Funduszu w tym roku Grecja zamiast 3,5-proc. nadwyżki będzie miała pierwotny deficyt w wysokości 1,5 proc. (co i tak jest pewnym postępem w porównaniu do ubiegłych lat). Lagarde uważa, że jakaś forma złagodzenia warunków bailoutu dla Grecji jest konieczna – nie mówi wprawdzie wprost o umorzeniu części długu, ale przynajmniej o obniżeniu wyznaczonych Grecji celów nadwyżki do 1,5 proc. czy o dalszym rozciągnięciu w czasie spłaty pożyczonych przez nią pieniędzy lub obniżeniu oprocentowania. W związku z tym pojawiają się sygnały, że jeśli te postulaty nie zostaną wzięte pod uwagę, fundusz mógłby się wycofać z uczestnictwa w dalszej pomocy dla Grecji, co jest o tyle prostsze, że do trzeciego programu pomocowego dokłada się finansowo w mniejszym stopniu niż poprzednio. MFW i strefa euro drastycznie różnią się też w ocenie tego, czy Grecja jest w stanie spłacić swoje długi. Ekonomiści funduszu przewidują, że dług publiczny Grecji – wynoszący na koniec zeszłego roku 179 proc. PKB – do roku 2060 wzrośnie do zupełnie niewyobrażalnego poziomu ok. 300 proc. Ministrowie finansów strefy euro utrzymują jednak, że jeśli Ateny będą rygorystycznie trzymać się wszystkich uzgodnień, to spadnie poniżej 100 proc.
O jakiejkolwiek zmianie warunków umowy nie chcą jednak słyszeć Niemcy, które w największym stopniu finansują pomoc dla Grecji. – To nie jest żądanie rządu federalnego, aby nie było umorzenia długów, lecz raczej nasza opinia, że prawnie w strefie euro nie jest to możliwe – oświadczyła na początku kwietnia niemiecka kanclerz Angela Merkel, najwyraźniej zapominając, że od początku globalnego kryzysu podjęto już wiele decyzji dotyczących strefy euro, które nie były zgodne z unijnymi traktatami.
Niezgoda Niemiec na łagodzenie warunków dla Grecji jest o tyle dwuznaczna, że to Merkel zapraszając w zeszłym roku do Europy uchodźców bez jakichkolwiek ograniczeń, w dużej mierze wywołała kryzys migracyjny, a jednym z jego skutków jest to, że Ateny teraz nie mogą zrealizować uzgodnień. Według statystyk unijnej agencji ds. ochrony granic Frontex, w 2015 r. do Grecji dotarło prawie 873 tys. nielegalnych imigrantów. Nawet jeśli zdecydowana większość z nich dość szybko przemieściła się dalej na północ, to i tak kryzys migracyjny spowodował, że Ateny musiały zwiększyć liczbę patroli morskich, wydawać pieniądze na tworzenie obozów dla imigrantów i zapewniać im podstawowe warunki do życia. Dla rządu, który przeprowadza akurat najcięższy program oszczędnościowy w historii kraju, wydanie każdego dodatkowego miliona euro robi różnicę, szczególnie że Unia Europejska długo się nie kwapiła, by udzielić konkretnej pomocy Grecji i Włochom na zabezpieczanie granic. Po drugie – dla kraju, w którym 18 proc. PKB pochodzi z turystyki, napływ dziesiątków tysięcy imigrantów jest szczególnie dotkliwy. Grecja miała nadzieję, że niższe ceny zwiększą napływ turystów, co pomoże przezwyciężyć kryzys. W skali całego kraju liczba turystów faktycznie nieco wzrosła, ale mniej, niż się spodziewano, bo ten wzrost skutecznie osłabia spadek na wyspach na Morzu Egejskim. Na Lesbos liczba rezerwacji hotelowych jest w tym roku o 90 proc. mniejsza niż w ubiegłym, na Chios o 60 proc., na Samos i Kos – odpowiednio o 40 i 36 proc. Stowarzyszenie hotelarzy z Chios ocenia, że tegoroczny sezon będzie najgorszym na tej wyspie od 40 lat i zaapelowało do ministra gospodarki o pomoc. Ale w obecnej sytuacji grecki rząd nie ma jak pomagać. Po trzecie, kryzys migracyjny przyczynia się do tego, że prywatyzacja nie idzie zgodnie z planem, bo nieco zeszła ona z listy rządowych priorytetów, zaś w sytuacji, gdy kraj oprócz kłopotów finansowych nie radzi sobie jeszcze z napływem imigrantów, jego atrakcyjność dla potencjalnych inwestorów jeszcze spadła. Na początku kwietnia minister gospodarki Giorgos Stathakis przyznał, że uzgodniony w ramach umowy o bailoucie plan uzyskania w wyniku prywatyzacji 50 mld euro jest kompletnie nierealistyczny i teraz celem jest 15 mld, choć i tak nie wiadomo, czy to się uda.
Zresztą nie tylko w kwestii prywatyzacji sytuacja wygląda gorzej, niż zakładano. Po lekkim odbiciu w 2014 r. – pierwszym od początku kryzysu – w zeszłym roku grecka gospodarka znów zaczęła hamować i ten trend ma się pogłębiać. MFW przewiduje, że w tym roku greckie PKB spadnie o 0,6 proc., Komisja Europejska – że o 0,7 proc., ale wpływowy grecki think tank Fundacja na rzecz Badań Ekonomicznych i Przemysłowych (IOBE) ogłosił w zeszłym tygodniu, że spodziewa się spadku o 1,0 proc. Co gorsza, jego zdaniem w tym roku wzrośnie bezrobocie, choć wydawało się, że osiągnęło ono szczyt w 2013 r. Z poziomu 24,4 proc. w ostatnim kwartale 2015 r. (ta stopa jest troszkę niższa od szacunków Komisji Europejskiej) wzrośnie ono do 25,2 proc. IOBE odbicie przewiduje dopiero pod koniec tego roku, ale jeszcze zbyt małe, żeby rok zakończyć na plusie. To się uda dopiero w 2017 r., i to też warunkowo. – Spodziewane w 2017 r. odbicie nie nastąpi, jeśli inwestycje – pięta achillesowa greckiej gospodarki – nie wzrosną – mówi szef IOBE Nikos Vettas. Tymczasem w zeszłym roku inwestycje w Grecji spadły o 13,2 proc.
Ustalone w połowie zeszłego roku warunki dla Grecji są zupełnie nierealistyczne.