Ogłoszenie w miniony wtorek zawieszenia broni po sześciodniowej eskalacji konfliktu w Górskim Karabachu nie oznacza jeszcze, że można odetchnąć z ulgą. Spór jest bowiem nierozwiązywalny. W dodatku poza regionalnymi niesnaskami, charakterystycznymi dla Kaukazu, w grę wchodzą interesy graczy ponadregionalnych.
Początkowo nie było jasne, kto 1 kwietnia doprowadził do największego od rozejmu w 1994 r. kryzysu w Górskim Karabachu. Do okołofrontowych prowokacji dochodziło tam regularnie. Co jakiś czas ktoś kogoś ostrzeliwał, a jednostki specjalne zajmowały kolejne wzgórze o znaczeniu strategicznym. Ofiary śmiertelne zdarzały się każdego roku. Tym razem jednak użyto lotnictwa, czołgów i artylerii, a w wyniku działań zbrojnych zginęło co najmniej kilkadziesiąt osób. Z biegiem czasu coraz wyraźniej widać, że tym razem inicjatywa należała do Azerbejdżanu. Wspierająca samozwańczą Republikę Górskiego Karabachu Armenia nie miała interesu, by atakować silniejszego sąsiada, w dodatku na terenie, który z punktu widzenia prawa międzynarodowego należy do Azerbejdżanu.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.