W obliczu dzisiejszych zagrożeń terrorystycznych i militarnych z jednej strony, a niedostatku przekonujących argumentów mogących zapobiec nasilającemu się eurosceptycyzmowi z drugiej nie dziwi, iż wielu europejskich polityków opowiada się za stworzeniem unijnych sił zbrojnych. Swą jednoznaczną wypowiedzią ożywioną dyskusję na ten temat odnowił niedawno szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker, poparty wprawdzie przez niektórych unijnych polityków, ale znacznie szerzej ostro skrytykowany.
Innymi słowy, powinniśmy politycznie i militarnie wzmacniać NATO, bowiem to jego zdolność odstraszania potencjalnych agresorów jest dzisiaj kluczem do europejskiego bezpieczeństwa. Mówienie zaś o armii unijnej jest krokiem osłabiającym NATO, sugeruje bowiem brak zaufania wewnątrz paktu, powielanie struktur dowódczych i wątpliwości co do nuklearnego parasola USA w Europie. Czyli wzmacniajmy NATO – do czego, poza sprawami stricte militarnymi, kluczowe jest zacieśnianie współpracy gospodarczej USA z Unią.
To stawia nas automatycznie wobec pytania dotyczącego losów TTIP, czyli transatlantyckiego partnerstwa handlowo-inwestycyjnego. Przeciągające się negocjacje nie zwiastują jednak szybkiego sukcesu, po obu stronach Atlantyku jest bowiem ciągle wielu opiniotwórczych krytyków paktu, wskazujących na rzekomo fundamentalne przeszkody w jego zawarciu. Problemem nie są bynajmniej bariery taryfowe, dzisiaj już mocno ograniczone i wynoszące średnio jedynie 3 proc. Przedmiotem krytyki są natomiast obciążenia „pozataryfowe”, czyli limity, formalności administracyjne, normy techniczne i sanitarne. Dochodzi do tego nieprzejrzystość prowadzonych negocjacji, oskarżanych o sprzyjanie wielkim koncernom, a nie obywatelom po obu stronach. Szczególnie krytykowane są zapisy dopuszczające możliwość wytaczania przez prywatne koncerny procesów sądowych państwom, na terenie których prowadzą one działalność.
Przyznajmy, niektóre z podnoszonych obaw rzeczywiście brzmią przekonująco i aż prosi się o czytelną interpretację korzyści i ewentualnych strat TTIP ze strony polskiego rządu i Komisji Europejskiej – tematu niestety całkowicie pomijanego. W takiej analizie z pewnością jednak uwzględniać dzisiaj trzeba znacznie szerszy, nie tylko gospodarczy kontekst – wobec szerzących się na świecie dramatycznie brutalnych działań agresywnych państw i ugrupowań terrorystycznych bezpieczeństwo i utrzymanie pokoju urasta do rangi priorytetu o nieporównywalnie większym znaczeniu. Fakt, iż Stany Zjednoczone wydają się przywiązywać dzisiaj większą wagę do negocjacji podobnego paktu z krajami regionu Pacyfiku niż z UE, jest znaczący i wskazuje na dominujący kierunek przyszłego amerykańskiego zaangażowania. A to będzie mieć konsekwencje dla bezpieczeństwa.
Powiedzmy więc w konkluzji, że wspólna unijna armia mogłaby dzisiaj mieć zapewne sens jako kolejny etap integracji europejskiej, ale tylko łącznie z innymi działaniami zwiększającymi spójność Unii, szczególnie w zakresie polityki zagranicznej. Na razie Unia nie zrosła się jednak na tyle, by powstało wspólne, głęboko ugruntowane poczucie zagrożeń i globalnych interesów. Wzmacniajmy więc – i to intensywnie – współpracę w zakresie bezpieczeństwa w ramach NATO, kładąc szczególny nacisk na rozszerzanie współpracy gospodarczej z pozaeuropejskimi sygnatariuszami paktu – to łączy dzisiaj bardziej niż lokalne inicjatywy obronne czy przepełnione unijną poprawnością deklaracje niektóre europejskich polityków.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu