Firmy to coś jakby duzi zbiorowi aktorzy, którzy muszą się odnaleźć w rzeczywistości rządzonej przez twarde darwinowskie reguły gry
Co pan teraz czyta?
Reklama
Właśnie czytam nową książkę Leszka Czarneckiego „Model DNA firmy”. I mogę ją z czystym sumieniem polecić.

Reklama
To firmy mają DNA?
Mają. Traktowanie firmy jako organizmu to jeden z najważniejszych sposobów analizowania organizacji. A i model korporacyjnego DNA był już wcześniej w literaturze przedmiotu stosowany. Czarnecki poszedł jednak dalej. On w tej książce podjął próbę, by w sposób dość rygorystyczny przełożyć teorię ewolucji na logikę rozwoju firmy.
Co to znaczy?
Ambicją Czarneckiego jest zbudowanie łącznika. Z jednej strony jest ekonomia behawioralna, która tłumaczy, dlaczego pojedynczy ludzie podejmują takie, a nie inne decyzje. Z drugiej zaś ekonomia ewolucyjna, dzięki której widzimy, jakie zmiany zachodzą na całym rynku. Dla Czarneckiego firmy to coś jakby duzi zbiorowi aktorzy, którzy muszą odnaleźć się w rzeczywistości rządzonej przez twarde darwinowskie reguły gry.
I jak to robią?
Tradycyjnie ewolucję firmy traktowano jako całość. Natomiast oryginalny wkład Czarneckiego polega na wyodrębnieniu poszczególnych firmowych genów. Jest ich całe mnóstwo. Mamy gen finansowy, gen strategiczny, biznesowy, technologiczny albo IT. Czarnecki pokazuje, w jaki sposób te geny się zmieniają.
Pisze nawet, że w firmowym DNA, tak samo jak w przypadku organizmów żywych, istnieją dwie nitki.
Tak. Jeden łańcuch odpowiada za informacje o firmie, które można opisać. To znaczy dane biznesowe, ekonomiczne i prawne. Druga nitka to pracownicy. Ich kompetencje, ale również relacje panujące między pracownikami. Czarnecki dowodzi nawet, że wewnątrz firmy działają różnego rodzaju typy inteligencji. Jest „klasyczna” inteligencja logiczno-analityczna. Ale jest również tak samo ważna inteligencja emocjonalna.
A jak pana zdaniem traktować osobę autora, który nie jest zwykłym analitykiem, tylko twórcą wielkiego imperium finansowego. Czy to Czarneckiemu ułatwia zadanie, czy może raczej przeszkadza w zachowaniu koniecznego dystansu?
To oczywiste, że własna firma jest dla Czarneckiego głównym punktem odniesienia. W tym sensie posiada materiał, który nie jest dostępny badaczom patrzącym na przedsiębiorstwo z zewnątrz. Lub przez pryzmat tego, co firmowi decydenci chcieli im pokazać. Czarnecki tego problemu nie ma i to jest jego wielka siła.
Czyli podoba się panu, że menedżer opisuje swoje własne dzieło?
W tym wypadku nie mam z tym problemu. Bo to nie jest książka typowo menedżerska. Faktycznie, panuje u nas ostatnio zwyczaj, że wpływowi menedżerowie siadają do komputera, by podzielić się ze światem swoją praktyczną wiedzą. Pewnie trochę buntując się przeciwko nadmiernie, ich zdaniem, teoretyzującej literaturze o zarządzaniu. Zbyt często jednak wychodzą im analizy łatwe i przyjemne. Ale niekoniecznie głębokie. Tu jest nieco inaczej. Czarneckiemu udało się zrobić dobrą i trzymającą standardy robotę naukową. A że opisującą swoje własne doświadczenia, tym lepiej i tym wiarygodniej dla całego przedsięwzięcia.