Jeszcze w ubiegłym roku niemal oczywiste było, że polską obronę powietrzną zbudują Amerykanie. Wydawało się, że „Wisła” będzie bazować na patriotach. Wokół najważniejszego projektu modernizacyjnego armii zaczęły pojawiać się jednak pytania.
Pierwsza była refleksja na temat stanu zaawansowania techniki, którą proponują USA. Na dziś oferta nie jest mocniejsza od francuskiej. Do tego USA szykują się do rewolucji w obronie przeciwrakietowej: za dekadę systemy, które dziś nam oferują, będą zupełnie niekompatybilne z tym, czym oni sami będą walczyć. Tymczasem nasza doktryna w dużej mierze bazuje na magicznie brzmiącej formule: „rotacyjna obecność sił USA”. W tym przypadku zestawów rakietowych, które powinny być z grubsza zgodne z naszą „Wisłą”. Tu pojawia się następny problem. Polska nie może czekać dziesięciu lat, by sprawdzić, w jakim kierunku pójdzie rozwój wojsk rakietowych w USA. Przez ten czas rosyjska dyplomacja iskanderowa – oparta na straszeniu pociskami Iskander M i manewrującymi R500 – nie miałaby ograniczeń w wywieraniu presji na rząd w Warszawie.
Teraz z Płatnościami powtarzalnymi BLIK
zyskasz dostęp do wszystkich treści
za 29 zł / miesiąc przez 3 miesiące
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Teraz z Płatnościami powtarzalnymi BLIK
zyskasz dostęp do wszystkich treści
za 29 zł / miesiąc przez 3 miesiące
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
