Do Państwa Islamskiego (ISIS) codziennie przybywa kilkudziesięciu ochotników z różnych stron świata. Są wśród nich młodzi ludzie, urodzeni i wykształceni na Zachodzie. Pozornie jest to zjawisko niezrozumiałe i zaskakujące. Jest ono jednak rezultatem okoliczności i prawidłowości znanych od dawna.
Andrzej Wilk nauczyciel akademicki / Dziennik Gazeta Prawna
Wiele lat temu, pracując w Sekretariacie ONZ ds. Rozwoju Przemysłowego (UNIDO) w Wiedniu, kilkakrotnie rozmawiałem z przełożonym – Algierczykiem – na temat wojny francusko-algierskiej. Mój rozmówca był aktywnym uczestnikiem tej wojny, a jego pozycja polityczna była skutkiem powiązań personalnych, które wówczas powstały. Z drugiej strony był to człowiek należący do świata frankofońskiego. Studiował we Francji. Po francusku mówił lepiej niż po arabsku. Podobnie zresztą jak jego rodacy zatrudnieni w ONZ. Francuski dominował nawet w ich prywatnych rozmowach.
Mój przełożony twierdził, że Francuzi skutecznie przekonali Algierczyków, że przynależność do kultury francuskiej jest przywilejem i zaszczytem. „Chcieliśmy być Francuzami – twierdził – jednakże znajomość języka i kultury oraz dostosowanie się do francuskiego stylu życia nie sprawiły, żeby Francuzi uznali nas za swoich rodaków. Byliśmy w dalszym ciągu ludźmi gorszymi, dyskryminowanymi i wyzyskiwanymi. Nie pozostało nic innego jak chwycić za broń”.
Krwawa wojna w Algierii powodowała nie tylko straty po obydwu stronach, lecz także tragiczne podziały w społeczeństwie francuskim. Potrzebne były autorytet i mądrość polityczna prezydenta de Gaulle’a, aby rokowania w Evian w 1962 r. doprowadziły do zakończenia konfliktu. Politycy francuscy wyciągnęli z niego wnioski w końcowej fazie procesu dekolonizacji. Dzisiaj mieszkańcy Martyniki i innych zamorskich departamentów Francji są dumnymi Francuzami. Są również obywatelami Unii Europejskiej, choć mieszkają daleko od Europy.
Natomiast wielotysięczne rzesze imigrantów we Francji mieszkają w zatłoczonych dzielnicach wielkich miast, odczuwają dyskryminację przy poszukiwaniu pracy, a francuscy szowiniści ciągle ich obrażają. Młodzi ludzie urodzeni i wychowani we Francji – w odróżnieniu od swoich rodziców, którzy przybyli do tego kraju jako ludzie prości i zahukani – oczekują równouprawnienia i bezpieczeństwa w swojej ojczyźnie. Kiedy dowiadują się, że są „czarnuchami” i „dzikusami”, poczucie odrzucenia i wykluczenia czyni ich podatnymi na agitację fundamentalistów.
Podobnie w Niemczech. I tutaj szczególnie szkodliwą rolę odgrywa skrajnie nacjonalistyczna prawica. Niemiecki nacjonalizm – osłabiony po drugiej wojnie światowej i w trakcie procesów integracji europejskiej – przybrał na sile podczas kryzysu po 2008 r. Fakt, że neofaszystowscy terroryści przez wiele lat mordujący cudzoziemców nie byli dostrzegani przez formacje policyjne zajmujące się zwalczaniem przestępczości, nasuwał podejrzenia, że skrajny nacjonalizm miał wpływowych protektorów i sympatyków w różnych strukturach państwowych. Poczucie zagrożenia wśród muzułmanów zwiększyło ich podatność na ideologię ISIS. Po raz kolejny obserwujemy wzajemne pobudzanie ekstremizmów.
Płaszczyzna integracji w społeczeństwie wielokulturowym to patriotyzm konstytucyjny postulowany w RFN w 1982 r. przez publicystę Dolfa Sternbergera. Jak pisze prof. Władysław Markiewicz, „idea ta została entuzjastycznie przyjęta przez opinię publiczną (...). Wspólnota Niemców zrazu tylko w RFN, a później zjednoczonych w jednym państwie legitymuje się jako naród państwowy na bazie konstytucji ustanawiającej porządek społeczno-polityczny oparty na zasadach demokracji, praworządności, równości i opiekuńczości”.
Wcielenie w życie tych zasad we wszystkich państwach zachodnich oznaczałoby postawienie skutecznej tamy fali fundamentalistycznemu terroryzmowi.