Wczoraj największa i najstarsza frakcja w Parlamencie Europejskim zmieniła swój wewnętrzny regulamin tak, by możliwe było zawieszenie w prawach członka całego narodowego ugrupowania wchodzącego w jej skład, a nie tylko pojedynczych europosłów. Zmiana była wycelowana w Fidesz Viktora Orbána, który uprzedzając ten ruch, sam zdecydował o opuszczeniu grupy w europarlamencie.
Ale to nadal nie koniec trudnej przyjaźni węgierskiego przywódcy o autokratycznych skłonnościach z europejską chadecją. Frakcja to nie partia, jej członkiem Fidesz pozostaje, chociaż w zawieszeniu od marca 2019 r. Decyzja o ostatecznym usunięciu Fideszu z szeregów chadeków należy do liderów politycznych, ale ich spotkanie uzależnione jest od pandemii. Wcześniej Donald Tusk, przewodniczący ugrupowania, zapowiadał, że decyzja o przyszłości Fideszu w EPP może zapaść na szczycie w czerwcu.
EPP w sprawie Orbána długo pozostawała w rozkroku. Chociaż przez dwa lata partia węgierskiego premiera była zawieszona w prawach członka partii, europosłowie z Fideszu pozostawali w grupie EPP w Parlamencie Europejskim, a Węgierka Lívia Járóka była z jej ramienia wiceprzewodniczącą izby. Za korektą regulaminu, która miała otworzyć drogę do zmiany tego stanu rzeczy, zagłosowało 148 spośród 187 europosłów wchodzących w skład grupy EPP, 28 było przeciwko, czterech wstrzymało się od głosu.
To wygrana skrzydła praworządnościowego, które od dawna widziało w rozmontowującym praworządność na Węgrzech polityku wizerunkowy balast. Najgłośniej mówili o tym politycy z krajów nordyckich, do których dołączyły Litwa i Łotwa. „Grupa EPP nie może okazać słabości w obliczu żądań Fideszu” – pisali jeszcze przed wczorajszym głosowaniem liderzy sześciu ugrupowań wchodzących w skład EPP, a jednym z sygnatariuszy był Gabrielius Landsbergis, minister spraw zagranicznych Litwy. Wczorajsze głosowanie pokazało, że w bilansie zysków i strat moc 12 mandatów, jakimi zasilał EPP Viktor Orbán, osłabła na tyle, by możliwe się stało podjęcie radykalniejszych kroków.
Ci, którzy chcą powiedzieć Fideszowi ostateczne „do widzenia”, przekonują, że co prawda w krótkiej perspektywie frakcja EPP w Parlamencie Europejskim osłabnie, ale długofalowo pozbycie się Orbána może przyczynić się do odnowy ugrupowania, które ta kwestia mocno dzieliła. A to narażało partię na straty wizerunkowe i ciosy ze strony ugrupowań, co pokazała kampania do PE w 2019 r. Praworządność stała się politycznym poletkiem uprawianym coraz intensywniej przez socjalistów. To oni rozpoczęli proces, który doprowadził w 2018 r. do uruchomienia przeciwko Węgrom art. 7 unijnego traktatu (wobec Polski tę procedurę wszczęła Komisja Europejska), a także forsowali rezolucje poświęcone sytuacji wewnętrznej w krajach członkowskich, w tym Bułgarii, której premier Bojko Borisow należy do EPP.
Europejska chadecja znalazła się pod coraz większą presją. Z jednej strony słyszała od rywali politycznych zarzuty o hipokryzję, z drugiej do działania coraz bardziej prowokował ją sam Orbán, który wykorzystał pandemię do forsowania kolejnych niedemokratycznych zmian. Nie bez wpływu na obranie ostrzejszego kursu wobec Fideszu jest też to, że po wrześniowych wyborach parlamentarnych na polityczną emeryturę udaje się niemiecka kanclerz Angela Merkel, zwolenniczka statusu quo, która roztaczała przez lata parasol ochronny nad węgierskim premierem.
Na razie nie są jasne intencje nowego szefa Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej Armina Lascheta, chociaż od kiedy w zeszłym roku zaczął ubiegać się o stanowisko przewodniczącego, o Orbána pytają go niemieccy Zieloni. Milczenie mogło oznaczać, że Laschet, z pewnością wyczulony na polityczne kalkulacje, nie zamierzał ryzykować wizerunku zaangażowaniem w sprawę Orbána. Meandrował też Donald Tusk. Co prawda przed rokiem opowiedział się za przedłużeniem zawieszenia Fideszu w prawach członka, ale już wtedy zrobił to wbrew głosom, by Orbána pozbyć się z EPP ostatecznie.
Przeciwnicy radykalnych rozliczeń uważają z kolei, że lepiej mieć go u siebie, niż pozwolić rozwinąć skrzydła w szeregach eurosceptyków. Obawy budziła też europarlamentarna arytmetyka. Bez Fideszu EPP ma 175 na 705 mandatów w Parlamencie Europejskim, rekordowo mało, biorąc pod uwagę ostatnie trzy kadencje. W pierwszych wyborach europejskich po rozszerzeniu UE o 10 krajów w 2004 r. frakcja europejskich chadeków liczyła 289 europosłów, w następnych dwóch kadencjach ich stan posiadania wynosił kolejno 273 i 216. Teraz chadecy pozostają co prawda najsilniejszą frakcją, ale będą wyprzedzać socjalistów zaledwie o 30 mandatów. EPP straci również jedną tekę w Komisji Europejskiej. Na 27 komisarzy reprezentować tę partię będzie dziewięciu, łącznie z przewodniczącą Ursulą von der Leyen. Tyle samo komisarzy mają w KE socjaliści.
EPP będzie też z pewnością czuła na sobie coraz większą praworządnościową presję, jeśli chodzi o innych przywódców – wspomnianego już Borisowa oraz słoweńskiego premiera Janeza Janšę. Ich ewentualne usunięcie kosztowałoby EPP kolejne osiem mandatów. Siła przebicia chadecji była coraz bardziej osłabiana przez odpływający w kolejnych wyborach elektorat. Z Fideszem lub bez niego, oznacza to, że decyzje zapadające w Brukseli stają się coraz mniej przewidywalne. Przez ponad 30 lat stanowisko chadeków wytyczało kurs europejskiej polityki. Wystarczyło wypracować kompromis z socjalistami.
Dzisiaj do przeforsowania stanowiska chadecji jest potrzebny nie jeden, a co najmniej dwóch sojuszników. Niekiedy nie pozostaje nic innego niż dać się pokonać. W końcu EPP, która przez lata była partią o silnym proprzemysłowym profilu, dzisiaj promuje Europejski Zielony Ład. A do niedawna walka z emisjami i zazielenianie gospodarki było postulatem Zielonych, największych wygranych ostatnich wyborów europejskich.
W sprawie Orbána meandrował też lider europartii Donald Tusk