"Wywieziono mnie z getta w stercie cegieł". Rozmowa z ocalałą z getta Elżbietą Ficowską

23 maja 2013

Wymyśliłam sobie, że jak się człowiek ratuje takim zupełnym cudem, to się to po coś dzieje. Czuję dług wobec Boga" - przyznaje w rozmowie z dziennik.pl Elżbieta Ficowska, która jako niemowlę została wywieziona z warszawskiego getta. Życie zawdzięcza Irenie Sendlerowej i jej współpracownikom, którzy uratowali 2,5 tysiąca żydowskich dzieci.


Jakie jest Pani najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa?

Elżbieta Ficowska: Nie mam tragicznych wspomnień, jeśli chce pan o to spytać. Miałam sześć miesięcy, kiedy wywieziono mnie z getta. Ominęło mnie to całe zło, nie słyszałam strzałów, nie widziałam trupów na ulicach, to wszystko wydarzyło się poza moją świadomością. Wydostałam się stamtąd dzięki Irenie Sendlerowej. Oczywiście nie uratowała mnie osobiście. 2,5 tysiąca żydowskich dzieci wyprowadzono z getta dzięki "Żegocie" i jej współpracownikom, między innymi dzięki mojej mamie, mojej polskiej mamie, która pomagała Irenie Sendlerowej. W kamienicy, w której zamieszkałam, mieściło się pogotowie opiekuńcze dla dzieci żydowskich. Kiedy przyprowadzano dziecko z getta, moja mama miała do wykonania olbrzymią pracę. Przede wszystkim musiała znaleźć dla niego bezpieczne miejsce w jakiejś rodzinie. Cały sztab ludzi dobrej woli zajmował się szukaniem takich rodzin.

Pozostało 89% treści
Wybierz pakiet i czytaj bez ograniczeń.

Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Autopromocja
381453mega.png
381455mega.png
381148mega.png
Źródło: Dziennik.pl

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.