Marcin Król: Sondaże, czyli jazgot zamiast debaty

Marcin Król
Marcin KrólDGP
2 marca 2011

Zaczyna się przedwyborcza orgia sondaży opinii publicznej. W zasadzie, mimo iż jestem zwolennikiem maksymalizacji wolności obywatelskich, uważam, że sondaże te powinny być zakazane. Z kilku względów.

Przede wszystkim bez względu na rzetelność firmy przeprowadzającej takie sondaże i na stosowane metodologie nie są to badania opinii publicznej, lecz jedynie losowo wybranej grupy zazwyczaj około tysiąca osób. Twierdzenie, że odzwierciedlają one pogląd opinii publicznej, jest zarówno przesadne, jak i bezsensowne. Pojedynczy ludzie, do których trafią – telefonicznie czy osobiście – pytający, mają bardzo często słabo wyrobione poglądy, które nie stanowią w żadnym wypadku sumy poglądów wspólnoty, jaką jest społeczeństwo. Debata publiczna mogłaby mieć większy sens, gdyby zapytano ludzi o ich opinie po wyczerpującym cyklu dyskusji polityków i komentatorów. A tak mamy do czynienia z przypadkowymi danymi, które zapewne ukazują tendencje, ale i to jest niepewne, gdyż ludzie najczęściej decydują, na kogo będą głosować, w ostatnim momencie.

Ponadto wyniki tych badań mają realny wpływ na zachowania polityków, którzy działają i wypowiadają się „pod sondaże”. Ludzie nie chcą, by katastrofa smoleńska była tematem przedwyborczej agitacji, PiS od razu mniej mówi o katastrofie. Podobno młodzi odchodzą od Platformy Obywatelskiej, a zatem PO powinna szukać sposobów, by do nich trafić. SLD rośnie w sondażach, nie wiadomo zresztą, czy nie z braku laku po prostu, więc Grzegorz Napieralski nadyma się, udaje wielkiego polityka i już myśli o udziale w rządzie. Wszystko to jest oparte na niesłychanie kruchych przesłankach.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.