Ledwie władze Sandomierza zdołały oszacować straty, jakie w mieście wyrządziła majowa powódź, a już stały się one nieaktualne. – Pierwsze uderzenie fali wyrządziło zniszczenia na 488 mln zł, teraz będą znacznie wyższe – mówi Marek Bronkowski, zastępca burmistrza Sandomierza.
Wiele sandomierskich domów nie wytrzyma drugiej fali powodziowej. Budynki, które znalazły się pod wodą w maju, nie zdążyły jeszcze wyschnąć. Z części z nich nawet nie spłynęła woda, gdy znów nadeszła powódź. – One pękały po pierwszej fali, teraz być może wiele z nich trzeba będzie rozebrać – mówi wiceburmistrz Bronkowski. Komisje złożone z urzędników samorządowych i wojewódzkich zaledwie kilka dni temu zaczęły badać, które domy w Sandomierzu będą nadawały się do zamieszkania, a które trzeba będzie rozebrać. Musiały przerwać pracę, bo żywioł znów zaatakował. – Nie wiadomo, kiedy wrócą do pracy, bo przecież słyszymy, że od poniedziałku znów ma padać, a więc może się pojawić trzecia fala – mówi Bronkowski.

Zniszczenia rosną

O tym, jak zmienia się skala zniszczeń, świadczą dane z Gorzyc koło Tarnobrzega. Po majowej powodzi władze gminy zebrały 1200 wniosków o dofinansowanie kosztów remontów zalanych przez wodę domów. Zgodnie z ustaleniami rządu, mieszkańcy zalanych terenów mogli się starać o zapomogi w dwóch kwotach: do 20 tys. zł, jeśli straty nie były zbyt duże, oraz do 100 tys. zł, jeśli konieczny byłby remont kapitalny lub odbudowa domu. – Szybko zebraliśmy te informacje i wysłaliśmy je do wojewody – mówi Jan Czech, sekretarz gminy Gorzyce. Dodaje, że wówczas prawie jedna czwarta wniosków dotyczyła dofinansowania na remont. Teraz jednak to się zmieni. – Prawdopodobnie 95 proc. z nich będzie dotyczyło dofinansowania do 100 tys. zł – przewiduje Czech.
Ale nawet takie kwoty nie pozwolą na odbudowanie uszkodzonych przez żywioł budynków. – Zwłaszcza że nie chodzi tylko o domy mieszkalne, ale i zabudowania gospodarcze – dodaje Czech.
Sytuacja na terenach ponownie zaatakowanych przez kataklizm jest tak dramatyczna, że MSWiA zgadza się, by rodziny, które po raz drugi ucierpiały od powodzi, ponownie skorzystały z zasiłku socjalnego do 6 tys. zł. – Tu decyzja będzie zależeć od samorządów, ale resort nie będzie blokował wypłacania pomocy po raz drugi – zapewnia Małgorzata Woźniak, rzeczniczka MSWiA. Na razie to jednak odległa przyszłość, bo w gminach zaatakowanych przez żywioł niewielu powodzian zgłosiło się po pierwszą turę pomocy socjalnej. W Sandomierzu po ten zasiłek zgłosiło się jedynie 25 proc. poszkodowanych. W Gorzycach liczba ta nie sięgnęła jeszcze 20 procent.
Opóźnienia te wynikają głównie z narzuconych przez rząd procedur. Wypłacenie zapomogi jest możliwe dopiero po przeprowadzeniu przez pracowników pomocy społecznej wywiadu środowiskowego oraz wypełnieniu przez poszkodowanych formularza, w którym należy ujawnić wysokość dochodów. I choć Małgorzata Woźniak z MSWiA apeluje, by samorządy nie traktowały tych sytuacji jak kolejnego postępowania administracyjnego, to gminni urzędnicy muszą działać zgodnie z przepisami narzuconymi przez władze centralne.
Podobna sytuacja jest w wielu miejscowościach w Polsce. Druga fala na Wiśle ponownie zagraża miejscowościom w powiecie płockim, zwłaszcza w okolicach Świniar, gdzie w maju woda przerwała wał powodziowy. Na drugą falę z niepokojem czekają też mieszkańcy miejscowości położonych nad Odrą, w tym zalanego osiedla Kozanów we Wrocławiu. Paradoksalnie najmniejsze straty z powodu drugiej fali poniosą ci spośród właścicieli zalanych domów i mieszkań, którzy nie zrobili jeszcze porządków po pierwszej powodzi. Ci, którzy zdążyli już zacząć remonty, mogą dużo stracić. – Ubezpieczenia domów opiewają na konkretne sumy i jeżeli większą część z nich wykorzystano, biorąc odszkodowanie za pierwszą powódź, teraz można wykorzystać już tylko to, co zostało z sumy ubezpieczenia – wyjaśnia Marcin Tarczyński, analityk Polskiej Izby Ubezpieczeń. Jeżeli więc dom był ubezpieczony na 100 tys. zł, a 70 tys. zł zostało już wypłacone, starając się o odszkodowanie po przejściu drugiej fali powodziowej, poszkodowany może dostać już maksymalnie 30 tys. zł. Nawet wówczas, gdy szkody w rzeczywistości są wyższe.



Jedno ubezpieczenie

Tym, których żywioł doświadczył dwukrotnie, eksperci radzą doubezpieczenie. A więc zwiększenie sumy ubezpieczenia. To jednak może okazać się trudne. – Towarzystwa nie będą chętne do ubezpieczania od powodzi, zwłaszcza na tych terenach, które zostały zalane dwa razy – mówi Paweł Majtkowski, główny analityk firmy Expander. Jak pokazują statystyki Komisji Nadzoru Finansowego, to nie właściciele domów są niechętni ubezpieczeniom. Liczba polis od klęsk żywiołowych z roku na rok systematycznie rośnie. Na koniec 2009 roku Polacy wykupili ponad 8 mln takich ubezpieczeń. To prawie dwa razy więcej niż w 2003 r. Średni koszt rocznej składki ubezpieczeniowej wynosi natomiast 260 zł. To oznacza, że domy ubezpieczane są mniej więcej na 260 tys. zł, a więc na sumy, które faktycznie pozwalają zrekompensować straty. To, czy kolejne polisy zostaną podpisane, zależy więc już raczej od ubezpieczycieli. A oni dostrzegli, że ryzyko takiej działalności jest większe, niż do tej pory sądzili.
Sytuacja się zniemi dopiero wówczas, gdy powstanie system ubezpieczeń, w którym uczestniczyć będzie państwo. To ono też będzie decydowało, które tereny trafią pod zabudwę.
Co robić, żeby nie wpaść w pułapkę zastawioną przez ubezpieczyciela
Pierwszy problem, który może spotkać człowieka starającego się o odszkodowanie po powodzi, to kwestia udowodnienia rozmiarów poniesionych strat. Dlatego najlepiej niczego nie sprzątać, nie remontować, dopóki nie przyjdzie ubezpieczyciel, żeby sporządzić protokół.
Jednak nie każdy może czy chce czekać. Wtedy dobrze jest zrobić dokładną dokumentację fotograficzną zniszczeń. Kiedy ubezpieczyciel zacznie mówić, że nie widział wymienionych szkód, bo gdy przyszedł, było już posprzątane i nie potwierdza, że aż tyle rzeczy zostało zniszczonych, ten, kto dochodzi odszkodowania, może udowodnić swoje racje, przedstawiając zdjęcia. Można też przedstawić świadków.
Trzeba uważać, co się podpisuje. Ubezpieczyciel przedstawi spis rzeczy, które zostały zniszczone. Warto dokładnie sprawdzić, czy protokół zgadza się ze stanem faktycznym. Może być tak, że ubezpieczyciel czegoś nie wpisał albo że samemu zapomniało się czegoś zgłosić. Tymczasem na końcu protokołu zniszczeń może się znaleźć zapis: nie zgłaszam zastrzeżeń do wymienionych szkód. A to zamyka drogę do jakichkolwiek dalszych roszczeń.
I jeszcze jedno. Warto uważać, żeby ubezpieczyciel nie podsunął do podpisu formułki, że niniejsze odszkodowanie wyczerpuje całość szkody w tym zdarzeniu. Może się bowiem okazać, że szkoda jest większa, niż opiewa wycena. Co więcej – zaniżanie wysokości szkód to częsta praktyka firm ubezpieczeniowych. Może też się okazać, że w trakcie remontu koszt napraw okazał się większy niż pierwotnie zakładano. Jeśli poszkodowany człowiek nie wyczerpał całości odszkodowania, może w takiej sytuacji starać się o wypłatę nadwyżki. Pod warunkiem oczywiście, że nie zrzekł się tego prawa nieprzemyślanym podpisem albo że nie wyklucza tego umowa ubezpieczeniowa.
Mimo pomocy śmigłowca wały w Sandomierzu nie wytrzymały drugiej fali Fot. Michał Walczak/Fotorzepa / DGP