Z powodu szybko rosnącej liczby infekcji COVID-19 rząd podjął wczoraj decyzję o wprowadzeniu na terenie całego kraju stanu alarmowego – pierwszego stopnia stanu wyjątkowego.
Mniejszościowy gabinet Pedro Sancheza przychylił się do wniosku 10 spośród 17 rządów regionalnych – w tym Kraju Basków, Asturii i Katalonii – które domagały się takiej decyzji. Wprowadza ona godzinę policyjną dla całego kraju od 23. do 6.00 rano, ogranicza możliwość spotkań towarzyskich i przemieszczania się z jednej wspólnoty autonomicznej do drugiej, z wyjątkiem uzasadnionych powodów, takich jak pójście do pracy czy wizyta u lekarza.
Te środki mają obowiązywać przez 15 dni. Rząd chce jednak, by Kortezy w jednym głosowaniu wydłużyły ten termin do 6 miesięcy. Ma to pomóc uniknąć przedłużających się debat i głosowań co dwa tygodnie. Poprzednio stan alarmowy został wprowadzony w połowie marca i był przedłużany przez hiszpański parlament do 21 czerwca.
Reklama
Choć ugrupowania tworzące rząd w Madrycie – Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE) i lewacka Podemos – nie mają absolutnej większości, to decyzja o wprowadzeniu stanu alarmowego najprawdopodobniej zostanie zaaprobowana przez parlament. Premier Sanchez może bowiem liczyć na głosy posłów ugrupowań regionalnych, jak np. Nacjonalistyczna Partia Basków (PNV).
Największe ugrupowanie opozycyjne w Kortezach – centroprawicowa Partia Ludowa (PP) pod koniec ubiegłego tygodnia deklarowała, że nie poparze ewentualnego wniosku dotyczącego wprowadzenia stanu wyjątkowego. Lider tej partii Pablo Casado proponuje poszerzenie kompetencji władz regionalnych w ograniczaniu praw podstawowych obywateli, tak by same mogły podejmować decyzje o poruszaniu się w konkretnych godzinach czy wprowadzaniu kwarantanny w określonych miejscowościach.
Walencja nie czekała na decyzję rządu oraz parlamentu i wprowadziła kwarantannę już w sobotę. Szef regionalnej administracji Ximo Puig oznajmił, że „w domyśle” pozwala na to ustawa na rzecz przeciwdziałania skutkom COVID-19 i stan alarmowy nie jest konieczny. Takie działanie jest jednak kwestionowane przez hiszpańskich konstytucjonalistów. Dlatego Katalonia zapowiedziała wprowadzenie kwarantanny – która obejmie też Barcelonę – dopiero po decyzji rządu centralnego.
W środę łączna liczba osób w Hiszpanii, które zostały zainfekowane wirusem COVID-19, przekroczyła 1 milion. Dotychczas żaden inny kraj UE nie odnotował tylu zakażeń. Tego samego dnia zarejestrowano też kolejny dzienny rekord infekcji – 16 973. Podczas piątkowej konferencji prasowej Pedro Sanchez zaznaczył jednak, że dane ministerstwa zdrowia nie są precyzyjne. – Przypuszcza się, że w Hiszpanii od początku epidemii mogło zakazić się już trzy miliony obywateli – oszacował polityk. Według oficjalnych statystyk wirus jest odpowiedzialny za śmierć 34,5 tys. osób. Wyzdrowiało ponad 150 tys.
Jeszcze we wrześniu premier Sanchez zarzekał się w jednym z wywiadów, że jego rząd nie zamierza wprowadzać kolejnego stanu nadzwyczajnego w całym kraju mimo wzrostu liczby zakażeń. Był przekonany, że stan zagrożenia, z jakim jego kraj miał do czynienia między marcem a czerwcem, już się nie powtórzy.
„W ciągu ośmiu miesięcy Sanchez miał czas, żeby jeździć na wakacje i napisać ustawę, która jest atakiem na wymiar sprawiedliwości. Nie miał jednak czasu na działania legislacyjne wobec największego kryzysu epidemicznego w historii. I dlatego musi wprowadzić stan alarmowy” – skomentowała działania premiera Rosa Diez, była polityk PSOE z Kraju Basków.