W amerykańskiej debacie publicznej mało kto rozumie, o co Donaldowi Trumpowi chodzi z G7. Prezydent raz chce przekładać szczyt grupy i deprecjonuje jego znaczenie. Innym razem pragnie ją wzmocnić, przerabiając na G11.
Reklama
Zgodnie z planem kolejny szczyt G7 miał się odbyć w marcu w Stanach Zjednoczonych. Ale z powodu koronawirusa Trump musiał spotkanie odwołać, zapowiadając w jego miejsce wideokonferencję. Pod koniec maja powrócił jednak do pomysłu osobistego spotkania przywódców, bo taki szczyt – twittował – byłby znakomitym sygnałem powrotu do normalności. Pomysł jednak nie przypadł do gustu kanclerz Angeli Merkel, która – jak mówił rzecznik niemieckiego rządu Steffen Seibert – nie mogła się zobowiązać do podróży do Waszyngtonu i osobistego udziału w spotkaniu z uwagi na pandemię. Z tego samego powodu obawy miał też kanadyjski premier Justin Trudeau. Wówczas Trump przełożył szczyt na wrzesień lub jeszcze później. Ogłaszając przy tym, że następne spotkanie odbędzie się w rozszerzonym składzie. – Przekładam to, ponieważ nie czuję, by G7 właściwie reprezentował to, co dzieje się w świecie – tłumaczył dziennikarzom.
Według amerykańskiego prezydenta grupa, mająca składać się z państw o najsilniejszych gospodarkach na świecie, w obecnym składzie jest „przestarzała”. Dlatego przywódca zamierza doprosić Rosję, Australię, Indie i Koreę Południową i w tym poszerzonym składzie koncentrować się na rozmowach o przyszłości Chin. Taki krok wzbudził w USA konsternację, a w Europie napotkał na silny opór. Otóż po drugiej stronie Atlantyku przywódcy nie wyobrażają sobie, aby Trump na własną rękę meblował światowy format, o którego składzie jednomyślnie decydują przecież oni wszyscy. Kontrowersje w Europie budzi nie tylko pomysł doproszenia do rozmów Władimira Putina, lecz także wykorzystywanie grupy do budowania jawnie antychińskiego obozu pod przywództwem USA.
W Stanach w zdezorientowaniu ręce rozkładają zarówno publicyści i politolodzy o lewicowych sympatiach, jak i dyplomaci i eksperci zatrudniani przez poprzednie republikańskie rządy. Może, będąc złym na Europę – prezydent szuka globalnego moralnego wsparcia, skoro chce zaprosić Indie, Koreę Południową i Australię? Ale osobliwe byłoby to pojmowanie moralności, skoro kwestie G7 poruszył w tym tygodniu z prezydentem Brazylii Jairem Bolsonaro, który ma raczej niskie notowania w krajach demokratycznych.

Reklama
Zakładając, że porządek moralny nie biegnie równolegle z porządkiem politycznym, może Trump ma konkretny interes w toczącej się kampanii wyborczej, by stworzyć grupę G11? To byłby trop, gdyby nie zaproszenie wystosowane do Władimira Putina. Przypomnijmy: Rosja została wykluczona z ówczesnej grupy G8 po aneksji na Krym. USA nie mogą sobie same tego zmienić, do tego potrzeba zgody wszystkich, a europejscy członkowie G7 na czele z najbardziej życzliwym Trumpowi brytyjskim premierem Borisem Johnsonem są temu kategorycznie przeciwni.
Jeszcze dziwniejsze jest jednak to, że kokietując Putina, Trump wyraźnie szkodzi sobie na własnym podwórku. Nawet jeżeli po aferze Russiagate specjalny prokurator Robert Mueller powołany do zbadania sprawy postanowił w 2019 r., że nie postawi mu zarzutów, to brzydki zapach nad prezydentem i jego ekipą nadal się unosi.
Co więcej, kalifornijska firma Area 1 Security zajmująca się bezpieczeństwem w sieci znalazła kilka miesięcy temu dowody na to, że rosyjscy hakerzy włamali się w 2016 r. na serwery ukraińskiego koncernu naftowo-gazowego Burisma Holdings. Kreml miał być zainteresowany materiałami, które mogłyby obciążać zatrudnionego tam Huntera Bidena, syna byłego wiceprezydenta i kandydata Partii Demokratycznej w nadchodzących wyborach prezydenckich Joego Bidena. Nie ma dowodów, że w sprawę mógł być zaangażowany Donald Trump albo ktokolwiek z jego zaplecza. Media nie podały dotąd żadnych szczegółów na temat tego, jakiego rodzaju wiedzę zdobyli hakerzy.
Czy Trump naprawdę w takiej sytuacji chce otwarcie okazywać polityczne wsparcie dla Kremla, zapraszając Putina na szczyt G11?
Tym bardziej że na dopuszczenie Moskwy do stołu rozmów na razie w Europie nie ma zgody. Ambasador Niemiec przy UE pytany o szczyt G7 przez dziennikarzy odpowiada: „To akurat bardzo proste”. – Tak długo jak Rosja nie zmieni swojej polityki wobec Ukrainy, nie może być mowy o jej powrocie do G7 – podkreśla Michael Clauss. Jak dodaje, przywódcy innych państw niż należących obecnie do grupy: USA, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch, Kanady oraz Japonii – mogą przyjechać na szczyt jedynie jako obserwatorzy. Jak to spięcie wpłynie na relacje transatlantyckie? – Wstrzymajmy się z oceną do wyborów i ich wyniku – odpowiada dyplomata.
W obecnej sytuacji nie bardzo wiadomo, jaka przyszłość czeka G7 i nie chodzi tu tylko o listopadową elekcję w USA. W końcu do tej pory grupa reprezentowała nie tylko potęgi gospodarcze, lecz także blok przyjaznych sobie krajów o zbieżnych interesach i podejściu do demokracji. Ale świat mocno się skomplikował od 1998 r., kiedy do formatu oficjalnie dołączył Borys Jelcyn jako przywódca zdemokratyzowanej Rosji. Nowe globalne potęgi gospodarcze zaczynają przyćmiewać te stare, zachodnie, a Rosja ignoruje zasady praworządności i międzynarodowego ładu. Zrodził się więc pomysł – na razie wśród publicystów – by format „G” (od angielskiego „global” – globalny) zamienić na „D” – w którym zaproszenia można by wysyłać wyłącznie do przywódców państw demokratycznych.