Jakiś czas temu przez polskie media przetoczyła się informacja, że Berniego Sandersa popiera w prezydenckich prawyborach Partii Demokratycznej ekonomista Jeffrey Sachs. Tak, tak. Nasz stary znajomy i ojciec chrzestny terapii szokowej.
Magazyn DGP 6.03.2020 / Dziennik Gazeta Prawna
Komentowano to u nas rozmaicie. Jedni pisali o „zaskakującym nawróceniu twardego wolnorynkowca na demokratyczny socjalizm”. Inni szydzili, że „teraz tylko patrzeć, jak Berniego poprze i sam Leszek Balcerowicz”. Byli również i tacy, którym poparcie udzielone przez Sachsa kazało powątpiewać w szczerość i autentyczność senatora z Vermontu. Pamiętali wszak zasługi Sachsa (w ich ocenie mocno wątpliwe) w doradzaniu rządom takich krajów, jak walcząca z inflacją Boliwia lat 80. czy Polska i Rosja skaczące na chybcika z socjalizmu w kapitalizm.
Zagadka Sachsa wymaga kilku wyjaśnień. Pierwsze jest takie, że ekonomista faktycznie popiera Sandersa. Napisał o tym kilka tekstów, głosząc choćby, że „Ameryce potrzeba prezydenta wszystkich Amerykanów. A nie tylko Amerykanów najbogatszych”. Jak dotąd nie było jednak żadnego gestu z drugiej strony. Innymi słowy – brak dowodów, aby Bernie Sanders poparcie Sachsa w ogóle odnotował. W ten sposób dochodzimy do drugiej kwestii. Polega ona na tym, że Sachs od dłuższego czasu nie jest w debacie ekonomicznej głosem znaczącym, a nawet słyszalnym. Nie zawsze tak było. W latach 80. faktycznie budził zainteresowanie – już choćby jako jeden z najmłodszych profesorów w historii amerykańskiej akademii (tzw. tenure, czyli posadę z gwarancją zatrudnienia na czas nieokreślony, dostał, mając zaledwie 28 lat). Jednak później jego sława ograniczała się do krajów, które (jak Polskę) odwiedzał w roli rządowego doradcy. Traktowano go wtedy jako nieformalnego emisariusza zachodnich instytucji międzynarodowych. Na Zachodzie faktycznie niewiele znaczył.
Najbliżej wejścia do pierwszej ligi debaty ekonomicznej za oceanem znalazł się w okolicach roku 2005, gdy opublikował książkę „The End of Poverty” (Koniec biedy). Głosił w niej potrzebę zwiększenia przez kraje zamożne wydatków na pomoc rozwojową dla państw trzeciego świata. Praca dobrze oddawała nastroje panujące wówczas w Organizacji Narodów Zjednoczonych i zaowocowała zaangażowaniem Sachsa w programy pomocowe. Świat wchodził już jednak w inny zakręt. W latach 2007–2008 na horyzoncie pojawił się kryzys finansowy. Wraz z nim przyszło załamanie neoliberalnego paradygmatu. Sachs to wyczuwał i próbował zabrać głos na te tematy. Ale jego próby okazały się nieudane. Książki ekonomisty były zwykle dobrze napisane, ale konstatowały prawdy jeszcze niezgrane, lecz po prostu ogólnie słuszne. Tak było w przypadku tej o przejęciu amerykańskiej polityki przez wielkie pieniądze i potężne grupy interesu („The Price of Civilisation” z 2011 r.). Podobnie z zaangażowaniem w tematykę ekologiczną.
Ostatnia sprawa to ewolucja poglądów amerykańskiego ekonomisty. Sachs nie boi się zmiany. Od lansowania doktryny szoku w Polsce po dzisiejsze zaangażowanie w krytykę neoliberalizmu droga przecież nie taka prosta. I chyba tylko sam Sachs widzi to inaczej. Gdy kilka lat temu rozmawiałem z nim na łamach DGP, był szczerze zdziwiony kontrowersjami w ocenie jego wpływu na polską rzeczywistość po roku 1989. A gdy usłyszał, że są tacy, co uważają go za neoliberała, to się nawet zdenerwował. Już wtedy twierdził, że zawsze był zapalonym miłośnikiem rozwiązań socjaldemokratycznych i gdyby go posłuchano, Polska byłaby dziś... drugą Szwecją.
Sachs od dłuższego czasu nie jest w debacie ekonomicznej głosem znaczącym, a nawet słyszalnym. Nie zawsze tak było. W latach 80. faktycznie budził zainteresowanie – już choćby jako jeden z najmłodszych profesorów w historii amerykańskiej akademii. Później jego sława ograniczała się do krajów, które (jak Polskę) odwiedzał w roli rządowego doradcy