Coraz częściej dopada mnie przerażająca myśl – a co jeśli politycy naprawdę nie mają w głowach żadnego planu ani celu? Czy to możliwe, żeby w sprawach, które dotyczą majątku, mieszkań, pracy i pieniędzy setek tysięcy ludzi po prostu starali się kopnąć kamień politycznego zobowiązania jeszcze trochę dalej? Czy to możliwe, żeby rządzący odsuwali od siebie problem i starali się – zamiast przemyślanego długofalowego rozwiązania – wprowadzić w życie pomysły, których jedyną zaletą będzie możliwość wskazania, że spełniono nieprzemyślane wyborcze zobowiązanie?
Czy to możliwe, żeby wprowadzać rozstrzygnięcia, które nie tylko nie rozwiązują systemowych problemów, ale jeszcze stawiają pod znakiem zapytania stabilność systemu finansowego? Co więcej: czy to możliwe, żeby Polska jako kraj – rozumiany jako rządzący i opozycja – prowadziła taką politykę zagraniczną, gdzie jedynym kryterium podejmowania decyzji będzie perspektywa najbliższego sondażu wyborczego, którym będzie można dołożyć frakcyjnemu rywalowi? Czy to możliwe, żebyśmy wprowadzali długoterminowe rozwiązania ustawodawcze i ogłaszali strategiczne decyzje, kierując się perspektywą kilku tygodni?
Czy to możliwe, żebyśmy poważną politykę mieszali z osobistymi wojnami i karczemnymi kłótniami? Przecież gdybyśmy byli krajem, który nie potrafi formułować długoterminowych celów, w którym polityczny dialog toczyłby się w oderwaniu od rzeczywistości, w którym żylibyśmy w świecie mitów, a nie faktów i liczb, to można byłoby nas przecież traktować jak pożałowania godną republikę bananową, której władzom ambasady obcych państw wysyłają listy z żądaniami.
Reklama
Taki niepoważny, pogrążony w awanturze, niewiedzący, czego chce kraj nie potrafiłby efektywnie bronić swoich konkretnych i realnych interesów, bo nie potrafiłby ich jasno sformułować. Nie potrafiłby np. efektywnie walczyć na unijnej arenie w obronie swoich przewoźników, wytwórców spożywczych czy usługodawców. Co więcej, taki kraj w swoim procesie ustawodawczym mógłby być poddawany budzącym wątpliwości naciskom dyplomatycznym.
Jeżeli nie chcemy być takim krajem, zacznijmy o pewnych sprawach rozmawiać szczerze i nie starajmy się mydlić oczu dużym grupom społecznym. I powiedzmy sobie otwarcie – jeżeli chcemy zdjąć z kogoś ryzyko finansowe i koszty, to ktoś będzie musiał za to zapłacić. Albo na poważnie mówimy sobie, że problemy frankowiczów to ryzyko systemowe, za którego posprzątanie musimy zapłacić my wszyscy, albo przestańmy ich zwodzić.