Pod rozłożystą wierzbą w ogrodzie restauracji znajdującej się w Sur, czyli starym mieście Diyarbakiru, odbywa się spotkanie organizacji pozarządowej Oy Ve Otesi (Głosowanie I Dalej), czyli działającej od 2014 r. w Turcji grupy ochotników monitorujących wybory.
Reklama

„Przyjechaliśmy tu, aby sprawdzić sytuację, spotkać się z naszymi miejscowymi współpracownikami i poprowadzić dla nich szkolenie” – mówi PAP Gozde Soyturk, przewodnicząca organizacji, na stałe mieszkająca w Stambule.

„Podróżujemy po całej Turcji. Jutro jedziemy do Mardinu” – dodaje.

Soyturk, z zawodu ekonomistka, tłumaczy, że Oy Ve Otesi zamierza mieć obserwatorów w lokalach wyborczych wszystkich większych miast Turcji. Będą oni obecni zarówno podczas głosowania, jak i liczenia głosów.

Przyznaje, że zarówno fakt, że po raz pierwszy w historii Turcji wybory prezydenckie i parlamentarne odbędą się tego samego dnia, jak i zmiana niektórych zasad tureckiego prawa wyborczego spowodowała, że organizacja musi wyjątkowo przyłożyć się w tym roku do szkolenia swoich ochotników. „Naszym celem jest zapewnienie zgodnego z prawem prawidłowego przebiegu głosowania w jak największej liczbie lokali wyborczych” – mówi Soyturk.

Wyjaśnia jednak, że jej organizacja może zrobić tylko tyle, ile leży w zakresie jej możliwości, a na południowym wschodzie kraju są one ograniczone. Obserwatorzy Oy Ve Otesi na pewno będą obecni w Diyarbakirze i innych głównych ośrodkach miejskich. Nie uda im się jednak dotrzeć na wieś, głównie z powodu braku wystarczającej liczby wolontariuszy.

W niedzielę 24 czerwca w Turcji odbędą się przyspieszone wybory parlamentarne i prezydenckie, mające za zadanie przypieczętowanie od lat wdrażanego w życie przez prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana projektu zmiany systemu politycznego Turcji z parlamentarnego na prezydencki.

Według analityków, od tego, jak w wyborach zagłosują Kurdowie, może zależeć przyszłość tego projektu. Jeśli większość z nich odda głosy na prokurdyjską Ludową Partię Demokratyczną (HDP) i partia ta przekroczy 10-procentowy próg wyborczy, wchodząc tym samym do tureckiego Wielkiego Zgromadzenia Narodowego Turcji (parlamentu), proprezydencki Sojusz Ludu może nie zdobyć w parlamencie większości, co poważnie utrudni funkcjonowanie nowego systemu politycznego.

Jeśli jednak HDP nie dostanie się do parlamentu, prawie na pewno koalicja, w skład której wchodzą Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), Nacjonalistyczna Partia Działania (MHP) i Wielka Partia Jedności (BBP), będzie miała tam przewagę.

Podczas wizyty wysłanniczki PAP w Diyarbakirze, od stuleci będącym stolicą tureckiego Kurdystanu, większość spotkanych Kurdów nie kryje antypatii do Erdogana, którego miejscowa ludność obwinia o wznowienie w 2015 roku zbrojnego konfliktu na południowym wschodzie, a także zniszczenie dużej części starożytnego Sur.

„Kiedy jesienią 2015 roku w Sur zaczęły się walki, bojownicy PKK (separatystycznej Partii Pracujących Kurdystanu), którą Ankara, UE i USA uważają za organizację terrorystyczną, oraz miejscowa ludność początkowo mieli przewagę” – opowiada PAP Hasan, którego rodzina od wieków mieszkała w Sur.

„W wąskich uliczkach Sur, tureckim żołnierzom trudno było się przemieszczać. Ich przeciwnicy znali wszystkie tajne przejścia. Armia ponosiła bardzo duże straty. Dlatego wreszcie poszli po rozum do głowy i wezwali samoloty. Sur został zbombardowany. Nikt nie wie ile osób, w tym cywilów, straciło wtedy życie. Kiedy walki się skończyły, zaczęły się eksmisje. Potem do dzieła przystąpiły buldożery”.

Hasan, który od dwóch lat nie ma dostępu do swojego domu, przyznaje, że ma szczęście, gdyż jego budynek jest zabytkowy i dlatego jeszcze stoi. Póki co rząd daje mu 1,000 lir miesięcznie zapomogi na koszty wynajmu mieszkania w nowoczesnej części Diyarbakiru. Jego rodzina chce wrócić do Sur, ale władze próbują przekonać Hasana, żeby sprzedał im swoją nieruchomość.

„Mój brat już się zgodził i dostał w zamian mieszkanie w nowym bloku. Ja na razie się opieram, ale wszyscy mi mówią, że nie mam wyboru. Jak rząd coś postanowi, prości ludzie nie mogą z tym walczyć” – mówi.

Zapytany, na kogo będzie głosował w niedzielnych wyborach, śmieje się do rozpuku.

„Przecież my tu wszyscy nienawidzimy Erdogana. To on na nas sprowadził to nieszczęście, a na dodatek walczy z naszymi kurdyjskimi braćmi w Syrii. Większość Diyarbakiru będzie głosować na HDP i Selahattina Demirtasa, a jak dojdzie do drugiej tury, to na Incego - kandydata CHP, który ostatnio odwiedził Demirtasa w więzieniu" - powiedział.

Wśród analityków panuje przekonanie, że w niedzielę dojdzie do fałszerstw wyborczych, szczególnie na tych terenach kurdyjskich, których ludność zwykle głosuje na prokurdyjską HDP.

„AKP zrobi wszystko, żeby HDP nie weszła do parlamentu. Bardzo im zależy na tych dodatkowych 60-80 miejscach, które dostanie, jeśli HDP odpadnie” – uważa Aktar Cengiz z Wydziału Turkologii Uniwersytetu w Atenach.

W Diyarbakirze sporo się dyskutuje o nowym prawie wyborczym, które zezwala na akceptację kart do głosowania bez oficjalnej pieczęci, wzmożoną obecność służb bezpieczeństwa w lokalach wyborczych, a także przenoszenie „ze względów bezpieczeństwa” niektórych punktów wyborczych z miejsc, w których popularnością cieszy się HDP, do miejsc, gdzie dominuje AKP.

Hasan zgadza się, że przeniesienie punktów wyborczych o kilkadziesiąt kilometrów stworzy dużo problemów. Sądzi jednak, że HDP sobie z tym poradzi. Już zorganizowała autobusy, którymi ma przewieźć ludzi do miejscowości, gdzie będą głosować. Nie potrafi jednak odpowiedzieć na pytanie, czy fakt, że wiele dróg na kurdyjskim południowym wschodzie jest obsadzona przez wojskowe posterunki, które sprawdzają wszystkie przejeżdżające pojazdy, może wpłynąć ujemnie na transport wyborców.

Eksperci szacują, że zmiana lokalizacji punktów wyborczych może objąć co najmniej 150 tys. z nich. Niektórzy jednak mówią, że liczby mogą być większe.

Z tarasu restauracji „Diyarbakirski Dom”, która znajduje się tuż przy ogrodzeniu oddzielającym Sur od reszty miasta, widać stojącą samotnie nad pięknie wyrównanym buldożerami terenem wieżę starego ormiańskiego kościoła Surp Giargos, pięć lat temu odrestaurowanego przez Ormiańską Fundację, a także wieżyczki kilku ocalałych meczetów.

Na taras raz po raz wspinają się turyści, głównie z Turcji, komentując ogrom rozciągającego się przed nimi pustkowia, które obejmuje 60 proc. powierzchni Sur. Dobry punkt widokowy na to, co z niego pozostało, rozciąga się też z potężnych starożytnych murów obronnych otaczających miasto. Stąd widać, że w niektórych miejscach Sur odbywają się prace konstrukcyjne. Kształt odbudowywanych domów w niczym jednak nie przypomina tradycyjnej architektury, z której znane było stare miasto.

Kevin Miller, Amerykanin kurdyjskiego pochodzenia, który kilka lat temu wrócił do Diyarbakiru i kupił w Sur stary ormiański dom, aby otworzyć w nim międzynarodowy think tank pod nazwą Amerykański Instytut Bliskowschodni, uważa, że dla tureckiego rządu walki w Sur były doskonałą okazją, żeby raz na zawsze zmienić demografię, a także charakterystyczną topografię tego miejsca.

„Sur był zawsze niezależny. Ludzie, którzy tu mieszkali, byli biedni i zawsze popierali ruchy prokurdyjskie. Teraz ich po prostu nie będzie. Kiedy poszedłem do biura rządowego, aby upomnieć się o swój dom, pokazali mi plany. Nowe ulice Sur będą szerokie na 15 metrów, tak, żeby mogły nimi jeździć pojazdy opancerzone. Państwo planuje w Sur zbudować hotele i centrum handlowe. Twierdzi, że w ten sposób przyciągnie tu turystów. Dla dawnych mieszkańców Sur nie ma w tych planach miejsca”.

Miller, który jest z wykształcenia politologiem, opowiada, że jego dom ma 300 lat i potężne mury. Miller go odrestaurował za własne pieniądze i wpisał na listę zabytków. „Dowództwo służb specjalnych zrobiło sobie z niego centrum dowodzenia. Dlatego ocalał, chociaż cały podziurawiony jest kulami” – tłumaczy.

Od trzech lat walczy z lokalnymi władzami o zwrot swojego budynku, odbyło się już kilka spraw sądowych, za każdym razem próbował innego kruczka prawnego, ale zawsze jest odprawiany z kwitkiem. Teraz planuje zwrócić się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Amerykanin, który ma także obywatelstwo tureckie, mówi, że zagłosuje na HDP. „Erdogan myśli, że jak przyciśnie Kurdów do ściany, to i tak to nie będzie miało znaczenia, bo zawsze może jakoś przekupić potężne kurdyjskie klany a biedniejszym dać po 1000 lir i będzie OK.” – analizuje sytuację. „Ale Kurdowie się zmienili. Stare sztuczki już na nich nie działają. Chcą normalnego życia a nie pieniędzy. A tego Erdogan jakoś nie może im dać. Dlatego poparcie dla AKP na kurdyjskich terenach bardzo spadło”.