Warszawa liczy na to, że bułgarska prezydencja nie będzie się spieszyć z procedowaniem wniosku Komisji Europejskiej przeciwko Polsce.
Reklama



Dziś Mateusz Morawiecki leci do Brukseli na spotkanie z Jeanem-Claude’em Junckerem. Przewodniczący Komisji Europejskiej wystosował zaproszenie zaraz po tym, jak KE wysłała do Rady UE wniosek o rozpoczęcie procedury na podstawie art. 7 traktatu o UE. Morawiecki będzie miał okazję porozmawiać o tym, jak ten spór załagodzić.
Od wczoraj w Brukseli przebywa wiceszef MSZ Konrad Szymański. Rozmowy nie dotyczą tylko art. 7, ale także innych kwestii, np. wieloletniego budżetu UE, nad którego kształtem negocjacje niebawem się rozpoczną. Jednak procedura praworządności to problem numer jeden dzielący dziś Warszawę i Brukselę. Rząd stara się dowodzić, że ustawy o Sądzie Najwyższym i KRS wychodzą naprzeciw zastrzeżeniom Komisji zgłaszanych w lipcu 2017 r. wobec poprzednich projektów PiS. Chodzi m.in. o to, że wybór członków KRS ma nastąpić kwalifikowaną większością głosów, co ma dawać gwarancje, że w nowej KRS znajdą się także przedstawiciele opozycji. Z kolei w ustawie o SN rola ministra sprawiedliwości została ograniczona na rzecz prezydenta.

Reklama
Na razie te argumenty Komisji nie przekonały. Dlatego nie da się wykluczyć, że Warszawa pójdzie jeszcze na jakieś ustępstwa, by wygasić konflikt. Przedstawiciele rządu nie wykluczają takiego scenariusza, ale trudno przewidzieć, na czym oferta miałaby polegać. Komisja bowiem domaga się nie tylko – jak poprzednio – publikacji orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego przez rząd czy zaprzysiężenia trójki sędziów TK wybranych przez Sejm poprzedniej kadencji, ale i dodała do tego nowe warunki dotyczące ustaw prezydenckich. Domaga się np. korekty ustaw o SN i KRS, m.in. poprzez wyeliminowanie przepisów o przedterminowym wygaszeniu kadencji członków KRS czy wycofanie się z pomysłu skargi nadzwyczajnej działającej wstecz w ustawie o Sądzie Najwyższym. Komisja dała nam trzy miesiące na korekty, a jeśli jej zalecenia zostaną spełnione, wniosek może zostać wycofany z Rady.
Rząd nie zamierza polegać jedynie na rozmowach z Komisją, bo decyzja będzie zapadała w Radzie UE. W tym półroczu jej pracami kieruje Bułgaria. Na 15 stycznia zaplanowana jest wizyta w Sofii szefa polskiego MSZ. Tematem rozmów będzie całość stosunków polsko-bułgarskich, ale i zamiary Sofii w kontekście prezydencji, w tym to, co się stanie z wnioskiem KE w sprawie art. 7. – Bułgarom nie spieszy się z procedowaniem wniosku – mówi nam osoba z rządu. Rada zajmie się wnioskiem najwcześniej na przełomie marca i kwietnia. A wiele wskazuje na to, że jeszcze później.
Premier Mateusz Morawiecki rozmawiał ze swoim bułgarskim odpowiednikiem już w zeszłym tygodniu. – Nieprzypadkowo motto bułgarskiej prezydencji brzmi „W jedności siła”. Jako kraj sprawujący przewodnictwo w Radzie, Bułgaria będzie działać na rzecz porozumienia i jedności Unii – mówił Bojko Borisow. To może potwierdzać, że Bułgarom nie będzie zależało na stawianiu sprawy na ostrzu noża. – Kwestia art. 7 to problem, który dzieli Europę, a Bułgaria nie chce być utożsamiana z podziałami. Nie chce, by jedynym osiągnięciem jej prezydencji było rozpoczęcie procedury wobec Polski – ocenia eurodeputowany PiS Ryszard Czarnecki.
Artykuł 7 przewiduje, że w pierwszym kroku państwo oskarżone o łamanie unijnych zasad ma zostać wysłuchane. Dopiero po tym Rada ma stwierdzić, czy istnieje poważne ryzyko złamania art. 2, wymieniającego zasady, na których opiera się UE. Decyzja jest podejmowana większością 4/5 głosów, czyli muszą ją poprzeć co najmniej 22 państwa. Jeśli Bułgarom nie będzie się śpieszyło, może to dać czas rządowi, by próbować załagodzić spór z Komisją Europejską, a jednocześnie szukać sojuszników, którzy w razie dalszego procedowania wniosku nie będą go popierać.
W tej chwili PiS najbardziej liczy na stanowisko Węgier. Możliwe, że przeciwko Polsce z własnych pobudek nie będzie głosowała także Rumunia. O braku poparcia dla sankcji nieoficjalnie mówili DGP litewscy dyplomaci, a Ryszard Czarnecki sugeruje, że podobne może być stanowisko Estonii. By móc utrącić wniosek Komisji na starcie, potrzebujemy, by go nie poparło sześć państw, np. wstrzymując się od głosu. Pytanie, czy uczyni to Bułgaria, gdyby doszło do głosowania. Spór zostałby rozwiązany jeszcze szybciej, gdyby rząd spełnił zalecenia KE. Na to się jednak nie zanosi.