Sprzeciw wobec obowiązkowych szczepień, niechęć do modyfikowanej genetycznie żywności, sceptycyzm względem zmian klimatycznych i teorii ewolucji lub sięganie po alternatywne metody leczenia. Wszystkie te zjawiska są wyrazem tej samej postawy, którą można nazwać antynaukową. Jej zwolennicy ignorują gromadzoną przez dziesięciolecia wiedzę, uznając ją za niepełną lub wręcz fałszywą. W ten sposób podają w wątpliwość rzetelność uczonych, ich metod i opisu świata, jaki udało im się wypracować.
Reklama
Dziennik Gazeta Prawna
Zjawisko to jest wyjątkowo groźne, bo nie dotyka jednej, wybranej grupy społecznej. Wręcz przeciwnie: przebiega w poprzek podziałów ze względu na wiek, wykształcenie, zamożność, płeć i rasę. Stało się to możliwe, bo na przyjmowanie postaw antynaukowych wpływa wiele czynników – które nakładając się na siebie i krzyżując, tworzą trudny do rozwikłania węzeł gordyjski – biologicznych, psychologicznych, edukacyjnych, komunikacyjnych, a nawet kulturowych.

Reklama
Córce sąsiadki pomogło
Zacznijmy od początku, to znaczy od sposobu, w jaki funkcjonuje nasz mózg. Organ ten wykształcił sposoby porządkowania bezmiaru bodźców, który do nas dociera. Bez tych filtrów nie bylibyśmy w stanie normalnie funkcjonować, a świat jawiłby się jako chaos.
Jednym ze sposobów, w jakie mózg porządkuje docierającą do nas rzeczywistość, jest poszukiwanie związków przyczynowo-skutkowych w świecie. Jeśli dane zjawiska następują po sobie, doszukujemy się między nimi takiego właśnie związku, a im bardziej będą one bliskie sobie czasowo i przestrzennie, tym silniej nasz mózg będzie je ze sobą łączył. Niestety, skłonność ta często płata nam figle, sugerując związek przyczynowo-skutkowy między sytuacjami, które tylko współwystępują, czasami wyłącznie przypadkowo. W efekcie może dojść do czegoś, co naukowcy nazywają „błędem poznawczym”.
Także własne doświadczenie mózg uznaje za istotniejsze niż teorie naukowe. Dlatego w rozmowie na temat homeopatii, kiedy zawodzą argumenty naukowe, szalę na rzecz zwolenników tej metody przeważy stwierdzenie: „Ale mojej sąsiadce babci pomogły”. Z tym dyskutować się już nie da.
Niestety, w ten sam sposób – łącząc współwystępujące fakty w związki przyczynowo-skutkowe – niektórzy rodzice dzieci z autyzmem doszli do wniosku, że przyczyną schorzenia musi być szczepionka, ponieważ symptomy pojawiły się niedługo po jej podaniu córce lub synowi. Tymczasem wiemy, że objawy autyzmu występują po raz pierwszy między 18. a 24. miesiącem życia, czyli wtedy, kiedy dzieci otrzymują dużo szczepień.
Nie ulega wątpliwości, że rodzice chcą poznać przyczyny choroby dziecka, nie uzasadnia to jednak drogi na skróty. Nie ma badań, które uzasadniałyby związek między autyzmem a szczepieniami, a oryginalny artykuł, który wywołał nieporozumienie, opublikowany pod koniec lat 90. przez prestiżowe czasopismo naukowe „Lancet”, został już wycofany. Ani fakt wycofania feralnego artykułu, ani związane z tym dziennikarskie śledztwo, które ujawniło niedopuszczalne uchybienia w metodzie prowadzonych doświadczeń, ani nawet późniejsze badania niestwierdzające związku między szczepieniami a autyzmem nie uspokoiły części opinii publicznej. Tutaj dochodzimy do kolejnego powodu, dla którego szerzą się postawy antynaukowe: ludzie nie rozumieją, jak działa nauka.
Z jajecznicą przez wieki
– Większość osób nie wie i nie rozumie, czym zajmuje się nauka, jakie są jej metody, co to znaczy „teoria”, „model”, „hipoteza”, jakie jest znaczenie „wyników badań naukowych”. Praktycznie nikt nie rozumie metod statystycznych, powszechnie stosowanych w badaniach naukowych. A nie rozumiejąc, czym jest nauka, można jej ufać albo nie ufać, ale bezpodstawnie – mówi Jean-Pierre Lasota, profesor honorowy CNRS w Instytucie Astrofizyki w Paryżu, współautor książki „Czy Wielki Wybuch był głośny”.
Bez wiedzy, o której mówi prof. Lasota, odbiorcy nie rozumieją, jaki właściwie produkt końcowy daje nauka. Z tego względu mylnie się uważa, że jest nim absolutna i nienaruszalna prawda, podczas gdy wiedza naukowa to zestaw twierdzeń z gwiazdką i przypisami małym drukiem: to jesteśmy w stanie stwierdzić, ale tylko z takim prawdopodobieństwem; dowody co prawda sugerują taką zależność, ale potrzebnych jest więcej badań; ta teoria tłumaczy to zjawisko w taki sposób, ale przy okazji ma sporo wad.
To niezrozumienie mechanizmu powstawania wiedzy jest powodem dezorientacji odbiorców, a ta może być przyczyną utraty zaufania do nauki i jej owoców, bo „niech się ci jajogłowi w końcu zdecydują”. Tymczasem w wielu dziedzinach naukowcy wciąż poruszają się po omacku, bo badają zjawiska, które są szalenie skomplikowane (co wpływa również na trudności z przeprowadzeniem dokładnych eksperymentów).
Przykładem mogą być chociażby nauki o żywieniu, gdzie zmieniający się stan wiedzy (zniekształconej dodatkowo przez media, o czym napiszemy niżej) skutkuje u przeciętnego odbiorcy mętlikiem w głowie i pytaniem: to co właściwie jeść? Doskonale ujmuje to filmik na youtube’owym kanale „Funny or Die” pod tytułem „Podróżujący w czasie dietetyk”. Oto pod koniec lat 70. żona podaje mężowi obiad składający się ze smażonych jajek, mięsa i tostów. Posiłek przerywają jednak odwiedziny dietetyka z przyszłości, który cofnął się w czasie, aby przestrzec bohaterów o szkodliwości jajek zawierających cholesterol. Specjalista znika, zrezygnowany mąż chce już wyrzucić jajka, ale nagle przybysz z przyszłości powraca, wykrzykując: „Czekaj! Myliliśmy się co do jajek. Okazuje się bowiem, że są dwa typy cholesterolu – dobry i zły – oraz że jajka zawierają obydwa. Także możesz je jeść, tylko zostaw żółtka”. Dietetyk powraca jeszcze kilkukrotnie, dzieląc się z małżeństwem zaktualizowanym stanem wiedzy w swojej dziedzinie i w efekcie rujnując obiad – tylko po to, aby na końcu oznajmić, że to wszystko „genetyka, można więc jeść, co się chce”.
Ponieważ w szkole (w szczególności polskiej) kładzie się nacisk na faktografię, mówi się o odkryciach, ale już nie o samej nauce, nikt młodym ludziom nie tłumaczy więc całej „kuchni”, która pozwoliłaby pojąć, jak to działa. Opinia publiczna ma problem ze zrozumieniem, że skoro uczeni dotychczas mówili tak, a teraz mówią inaczej, to nie znaczy, że wcześniej kłamali (a może teraz też kłamią?). Do części odbiorców nie dociera, że nauka zawsze tłumaczy zjawiska najlepiej, jak potrafi, ale tylko stosownie do posiadanej wiedzy. Opis świata może więc stać się – w świetle nowych odkryć – błędny, ale nie staje się przez to kłamstwem.
– Nauka opiera się na teoriach, które zawsze mogą się zmienić. Ale żeby się zmieniły, potrzeba rzetelnych badań, a nie opinii – dodaje Piotr Stanisławski, popularyzator nauki, współtwórca bloga Crazy Nauka. – Przeciwnicy różnych teorii naukowych przekonują, że przecież Kopernik obalił powszechnie istniejące przekonania. Owszem, ale zrobił to, podpierając się dowodami naukowymi, a nie zbiorem różnych wiadomości z forów internetowych czy pseudobadań – mówi Stanisławski, jednak żeby to zrozumieć, trzeba zrozumieć istotę działania nauki.
Winni są naukowcy
W zrozumieniu nauki nie pomaga sposób, w jaki jest często komunikowana. Jest albo za prosta, albo zbyt skomplikowana. – Popularyzacja może być szkodliwa, zbyt uproszczona – mówił w jednym ze swoich wystąpień prof. January Weiner, biolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Niedźwiedzią przysługę – co dostrzeżono już w USA – robi w tym względzie telewizja śniadaniowa, której wydawcy uwielbiają tematy w stylu kostka czekolady dziennie wzmacnia pamięć/pomaga w ciąży/obniża cholesterol/podwyższa koncentrację (niepotrzebne skreślić); podobny grzech jest udziałem portali internetowych. Taki sposób informowania o nauce również jest efektem nieznajomości metod badawczych, bo – nie oszukujmy się – czasopisma naukowe nie są wypełnione samymi doskonałymi artykułami, a zarówno odbiorca, jak i twórca programu powinni wiedzieć, że grupa 12 kobiet to zdecydowanie za mało, aby wyciągać wnioski odnośnie diety (chociaż gdzie indziej będzie wystarczająca z tego prostego względu, że nie ma aż tylu osób, na których można robić badania – jak w przypadku bardzo rzadkich chorób).
Z drugiej strony winni są także sami naukowcy, którzy często odżegnują się od dzielenia się swoją wiedzą z pospólstwem. – „My prowadzimy badania, a potem je przedstawiamy i to wystarczy”, przekonują rektorzy niektórych uniwersytetów, do których przyjeżdżam, przekonując ich do tego, żeby walczyli z pseudonauką – odpowiada Piotr Stanisławski. Wiara naukowców, że nauka obroni się sama, jest jego zdaniem złudna. – Potrzebny jest dobry PR – podkreśla. I dodaje, że choć zbytnie uproszczenia też mogą być szkodliwe, jeszcze bardziej niebezpieczne może być pozostawienie teorii pseudonaukowych samym sobie.
– Kłopot polega na tym, że naukowcy brzydzą się emocjami – mówi Stanisławski. Ale jeżeli podczas debaty dotyczącej skuteczności szczepień po jednej stronie siedzi nudny naukowiec w okularach i opowiada o badaniach udowadniających, że szczepienia nie szkodzą, a po drugiej matka z cierpiącym z powodu wrodzonej wady dzieckiem, która przekonuje, że jego stan spowodowały szczepionki (i stojące za nimi lobby farmaceutyczne) – to po której stronie opowiedzą się odbiorcy? W USA powoli zaczęto przystosowywać się do nowej rzeczywistości, w której również nauka musi mieć swoich rzeczników, godnie dających odpór emocjonalnym wystąpieniom przeciwników. W debacie szczepionkowej może wziąć udział matka, naukowiec, ze zdrowym dzieckiem albo ktoś z chorym dzieckiem, udowadniając, że doszło do tego z powodu braku szczepień.
Naukowcy winni są jeszcze z innego powodu. – Do braku zaufania do nauki przyczyniają się zbyt często sami uczeni, wygłaszając publicznie niczym nieuzasadnione opinie i proroctwa oraz korzystając ze swojego autorytetu naukowego, by straszyć różnymi zagładami (sztuczną inteligencją, nanotechnologią, wieczną zimą albo drugim potopem), zdobywając tym medialną sławę i rozgłos – mówi prof. Lasota. – Błazny nauki bardzo jej szkodzą.
Pokusa czarno-białego świata
Jak przekonuje dr hab. Marcin Napiórkowski, antropolog z Uniwersytetu Warszawskiego, u źródła tych postaw leży również kultura – a konkretnie zderzenie niesionych przez nią wzorców z postępem naukowym. Kultura wciąż przyzwyczaja nas do przekazów prostych, czarno-białych, zero-jedynkowych pomimo postępów nauki, która mówi, że jest dokładnie na odwrót – i że świat jest szalenie skomplikowany.
– Postęp naukowy wymusił daleko idącą specjalizację; nikt już nie jest w stanie wiedzieć wszystkiego o wszystkim. Jednak cena, jaką za to ponosimy, jest wysoka: oto zbudowaliśmy świat, w którym każdy z nas jest ignorantem w odniesieniu do 99 proc. rzeczywistości. Tymczasem kultura wciąż przekazuje nam wzorce rodem z czasów, kiedy każdy, kogo mielibyśmy okazję w życiu spotkać, dysponował mniej więcej taką samą wiedzą, bo tej było niewiele – tłumaczy antropolog.
Owe wzorce to uniwersalne historie – mity – powtarzane na wiele sposobów w dziełach kultury, często oparte na prostych opozycjach: wiedza–niewiedza, prawda–fałsz, naukowe–naturalne. Z tego punktu widzenia nie ma wielkiej różnicy pomiędzy filmem „Matrix” a książką Jerzego Zięby „Ukryte terapie”: obydwa odwołują się do gnostyckiego mitu, a więc opisują świat jako iluzję stworzoną przez potężne siły, aby trzymać nas w nieświadomości (= fałsz, niewiedza), i obydwa niosą nadzieję na jej odrzucenie, jeśli tylko zdobędziemy się na ten wysiłek (= prawda, wiedza).
„Prawdziwe uzdrowienie nie jest więc kwestią leczenia (to okazuje się zwykle banalnie proste i polega na podaniu choremu jednej z powszechnie znanych i dostępnych substancji), lecz poznania – dotarcia do prawdy, która pozostaje ukryta przed naszymi oczyma” – pisze Napiórkowski na swoim blogu Mitologia Współczesna w odniesieniu do fragmentu „Ukrytych terapii” o wyleczeniu białaczki witaminą C (oczywiście po kłótni z personelem medycznym, który nie chce odrzucić fałszu).
Jedna głowa to za mało
Fakt olbrzymiej ignorancji wymuszonej postępem naukowym ma jeszcze jedną konsekwencję – ludzie, nie mogąc kompetentnie ocenić coraz większych obszarów rzeczywistości, coraz częściej muszą zdawać się na ekspertów. – Zaufanie to jedyna rzecz, która w takiej sytuacji może równoważyć niewiedzę i cementować społeczeństwo. Autorytet przeżywa jednak kryzys, bo dzięki nowym mediom każdy może nim być. Nowym trendem jednak jest to, że nieufność do instytucji zaczyna wyprzedzać moment zawodu spowodowanego ich słabym działaniem – mówi antropolog.
Do tego cegiełkę dokłada internet, dzięki któremu do głosu na równi z profesorem z Cambridge może dojść zwykły Kowalski. A zasięg jego teorii może być nawet większy. Wystarczy wypowiedź jednego celebryty albo wpis na portalu społecznościowym czy blogu, żeby zniweczyć w dwie sekundy wieloletnie wyniki badań. Gluten szkodzi zdrowiu, powie amerykańska gwiazda i pozamiatane. – Anna Lewandowska daje na swoim blogu wiele pożytecznych porad dotyczących żywienia, ale czasem pojawiają się tam niepotwierdzone żadnymi argumentami naukowymi informacje. Na przykład emocjonalny wpis przekonujący, że mikrofalówka szkodzi. Trudno przebić się wtedy z opisem długich, a dla wielu pewnie i nudnych wyników badań naukowych przeczących tym tezom – mówi Piotr Stanisławski.
Brak edukacji w szkole metodologii naukowej, zła komunikacja i malejące zaufanie do autorytetów naukowych pociągają za sobą kolejne konsekwencje – w efekcie takiego podejścia coraz więcej debat dotyczących kwestii, które można wytłumaczyć naukowo, sprowadza się najczęściej (jak tłumaczy w jednym ze swoich wykładów January Weiner) wcale nie do tego, czy coś jest faktem czy nie, tylko do tego, czy w coś wierzę – zmienia się w dyskusje na temat wyznania, a nie wiedzy popartej faktami.
Profesor Weiner opisuje, że wiele razy zdarzało mu się rozmawiać z różnymi osobami na temat GMO. Najbardziej zagorzali przeciwnicy zazwyczaj dość szybko przyznawali, że tak naprawdę to nie bardzo wiedzą, o czym mówią. Również debata na temat energii atomowej dawno przestała być racjonalną wymianą argumentów. – Ludzie nie odróżniają jednostek natężenia promieniowania od dawek promieniowania. Nie wiedzą, że dawki, którymi straszą, znajdują się w bananie – mówi biolog. I choć przeciwników energii atomowej można by szybko rozłożyć na łopatki, wykazując ich ignorancję, większości to nie interesuje. Kłopot polega na tym, że na tej podstawie podejmowane są istotne dla całego społeczeństwa decyzje polityczne. 19 państw UE wprowadziło zakaz uprawy GMO, zaś Komisja Europejska musiała to zaakceptować. Niemcy na podstawie pseudonaukowych teorii zdecydowali o zamknięciu wszystkich elektrowni atomowych.
Misja uniwersytetów? Walka z zabobonami
Pomysły na zwalczanie tego buntu przeciw wiedzy są różne. BBC trzy lata temu podjęła decyzję, że nie zaprasza do debat przedstawicieli ruchów antynaukowych tylko dlatego, że istnieją. W Polsce nadal twardo trzymają się autorytety pokroju inż. Zięby, który jest zapraszany do publicznej telewizji i radia. Zaangażować powinni się naukowcy. – Do ich obowiązków należy śledzenie teorii pseudonaukowych, które mogą być niebezpieczne społecznie (tak jak np. podważanie potrzeby szczepienia), i rozprawianie się z nimi – podkreśla Piotr Stanisławski, który prowadzi warsztaty dla naukowców z komunikacji.
Z jego obserwacji, choć nadal niechęć do takich działań jest duża, są pierwsze oznaki zmian. Rektorzy zarówno Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, jak i UW zaapelowali w swoich przemówieniach inaugurujących początek roku akademickiego do walki z pseudonauką. „Naszą rolą nie jest kształcenie ludzi, którzy nie potrafią oceniać właściwie otaczającej nas rzeczywistości, którzy dają sobą manipulować, którym można bez trudu wmówić, że czarne jest białe, a białe jest czarne. (...) Chcemy szkolić profesjonalistów w zawodach medycznych, ludzi, którzy w swoim działaniu posługują się evidence based medicine (leczeniem opartym na naukowych dowodach – red.) i którzy nie tylko nie będą głosić i czynić herezji, ale będą potrafili skutecznie się jej przeciwstawić” – mówił na początku października rektor WUMprof. Mirosław Wielgoś do studentów medycyny. I przyznawał: „Mieliśmy do czynienia z próbami kwestionowania uznanych terapii onkologicznych i zachęcania do leczenia ciężko chorych, umierających ludzi, przysłowiowym sokiem z buraka; słyszeliśmy o bruzdach na czołach dzieci poczętych metodami wspomaganego rozrodu; słyszymy także, iż szczepienia są szkodliwe i zabijają”.
„Szkodliwa jest niewątpliwie głupota i to jej właśnie musimy się na co dzień przeciwstawiać w naszym uniwersytecie. I tak właśnie będziemy robić, bo to jest między innymi naszą misją. Precz z zabobonem, gusłami i ciemnotą rodem ze średniowiecza!” – kończył występ.
O ile jednak przemówienie prof. Wielgosia świadczy o tym, że świat nauki dostrzegł problem postaw antynaukowych i chce podjąć rzuconą mu rękawicę, o tyle uzasadniona jest obawa, że dalej będzie to robił z pozycji autorytetu. Co jest błędem, bo druga strona autorytet ten odrzuca, o czym świadczy chociażby ten fragment z książki „Ukryte terapie” Jerzego Zięby: „Czy jednak powinniśmy zamknąć się w naszym rozumieniu »leczenia« tylko do tych, którzy mają tzw. papier z takiego czy innego uniwersytetu medycznego? Wiadomo przecież, że szamani z dżungli amazońskiej są w stanie efektywnie leczyć choroby, których absolwent najlepszego uniwersytetu medycznego nie jest w stanie zdiagnozować”. W przebiciu się do drugiej strony nie pomogą również takie słowa jak „gusła” i „zabobon”, które nie otwierają na przekaz nauki i są wątpliwym wstępem do pracy u podstaw.
Kosmos
Profesor Łukasz Turski, fizyk i jeden z pomysłodawców budowy Centrum Nauki Kopernik, stawia sprawę ostro: brak zaufania do nauki prowadzi do katastrofy cywilizacyjnej. Jego zdaniem udało się przekonać wielu ludzi, że pojęcie bezpiecznej prawdy dostarczanej przez naukę, na którym opiera się cywilizacja, może być zastąpione poprzez konstrukty typu „równoważności wielu narracji”. – Stąd prosta droga to zakwestionowania praw przyrody jako obiektywnych (szczególnie w biologii i naukach medycznych) czy, w głęboko klinicznych już przypadkach, kwestionowanie praw matematyki – dodaje.
Zapobiec temu zjawisku może tylko głęboka zmiana w systemie kształcenia powszechnego wychodząca daleko poza ramy dziś przypisywane szkołom. – Przede wszystkim jednak trzeba włożyć więcej wysiłku w to, aby ludzie zrozumieli naukę. Tylko wtedy docenią znaczenie jej metod, w tym rolę tak kluczowych pojęć jak ryzyko i prawdopodobieństwo. Edukację w tym zakresie należy jednak zacząć już w podstawówce – przekonuje Adam Rutherford, brytyjski genetyk i autor książki „Krótka historia wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli. Opowieści zapisane w naszych genach”.
Jednak, jak ostrzega prof. Weiner, edukacja powszechna nie jest możliwa. – Już Alexander von Humboldt w swoim „Kosmosie” chciał opisać cały świat, ale to nieosiągalne, nawet jeżeli oświeceniowi encyklopedyści w to wierzyli – mówi prof. Weiner. Jedynym wyjściem z sytuacji jest popularyzowanie metodologii naukowej oraz zaufania do nauk przyrodniczych. Pytanie, czy to się może udać? – Szczerze? Nie jestem optymistą – kwituje biolog.