Na łamach DGP Aneta Malinowska opisuje martwy sezon w edukacji – czyli czerwiec od momentu wystawienia ocen. Intrygujące, jak wielu nauczycieli wyraża oburzenie, że uczniowie często przestają przychodzić na lekcje tylko dlatego, że nie ma już ocen. Panie i panowie, serio narzekacie?

Przez osiem miesięcy niemal wszystko się kręci wokół ocen, a kiedy ich nie ma, to ma być tak samo, jak było? Czy naprawdę pedagogów dziwi, że w systemie, który z oceniania robi treść praktyki szkolnej, brak ocen oznacza nieformalne wywieszenie tabliczki z napisem „Koniec”?

Nie jestem (chyba) antyocenowym aktywistą. W każdym systemie można czegoś uczyć, wykorzystując niedoskonałe narzędzia – doskonałych zresztą nie ma – takie jak tabela „1–6”. Skoro jednak sprawdziany, zdawanie i groźby niezdawania są dla całości systemu ważne, to wystawianie ocen końcoworocznych naprawdę zamyka działalność szkoły. Być może, drodzy państwo, rok szkolny jest u nas za długi? Potrafi być intensywny, z tak przecież licznymi przedmiotami i piramidalnymi wymaganiami. Polacy, wiadoma sprawa, nie gęsi, zatem znaleźli chytry sposób na jego skrócenie – lekcje półprawdziwe, dni nauki bez uczniów, rękawiczki bez ręki. Kosztem ubocznym tej praktyki jest uczenie młodych, że mamy w Polsce cichą umowę: rządzi prawo – ale tylko w niektórych sprawach. Bo w niektórych innych to rządzimy się, jak chcemy, byle z zachowaniem pozorów.

Jeżeli przedsiębiorcy związani z Red is Bad będą mieli kłopoty sądowe z powodu tego, że, powiedzmy, nie wszystko w ich działaniu było transparentne, to powinni zaskarżyć system edukacyjny, którego są adeptami. Kierowali się właśnie zasadą podwójnych standardów. Są przepisy, co do których „nie, kierowniku, no, nie da się”. No, przestrzegamy. Ale są i takie, które jasne nie są, trudno je zatem złamać. Albo są jakoś zwyczajowo przestrzegane tylko jakby w pewnym sensie. Są reguły i zwyczaje, które, ha, ha, opierając się na ogólnych zasadach etycznych, są jakby rekomendacją, nie paragrafem.

Powie ktoś, że żart jest krzywy. W sumie łamać i naginać rzecz zwykła w dziejach homo sapiens. Nawet w Finlandii zaliczyli w 2012 r. aferę parakorupcyjną. Para-, bo przepisy nie zostały złamane – tyle że polityczno-gospodarczy znajomi ze szkolnych ław jakoś nawzajem ułatwiali sobie życie. Awantura wybuchła, że aż pozazdrościć. Z tym że awanturowali się przeciwnicy i zwolennicy rządu, bo jedni i drudzy deklarowali pragnienie życia w kraju bez niejawnych powiązań biznesu i państwa. Jeszcze jeden argument, by polska edukacja więcej ściągała z fińskiej. ©Ⓟ