O ile za rządów PiS doceniono najmniej zarabiających, o tyle dystans między najlepiej wynagradzanymi a „średniakami” się nie zmniejszył.

Utrata parlamentarnej większości przez Zjednoczoną Prawicę zbiegła się w czasie z opublikowaniem przez GUS raportu o wynagrodzeniach według zawodów w Polsce.

Pozwalają one podsumować efekty ostatnich ośmiu lat z perspektywy osób zatrudnionych na umowach o pracę. I wbrew katastroficznej narracji opozycji były one całkiem pozytywne, co zapewne częściowo tłumaczy, dlaczego poparcie dla dotychczasowej partii rządzącej wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie.

Średnie wynagrodzenie w firmach

Raport GUS pokazuje, że średnie wynagrodzenie w firmach zatrudniających powyżej dziewięciu pracowników w październiku 2022 r. wyniosło 7001 zł brutto. Sześć lat wcześniej było to 4347 zł, a zatem pensje skoczyły w tym czasie o niemal dwie trzecie. Równolegle ceny konsumpcyjne wzrosły o jedną trzecią. Mamy więc klasyczny przykład szklanki do połowy pustej albo pełnej, jak kto woli. Zwolennicy władzy mogą twierdzić, że wynagrodzenia szły w górę niemal dwa razy szybciej od inflacji. Przeciwnicy mogą zauważyć, że inflacja pochłonęła połowę wzrostu płac.

Nie sposób rozsądzić ten spór, bo w gruncie rzeczy nikt nie wie, jak restrykcyjna polityka monetarna wpłynęłaby na wzrost gospodarczy i zarobki. Równie dobrze mogłaby zdusić nie tylko wzrost cen, lecz także koniunkturę i pensje. Inflacja jest ważnym elementem otoczenia gospodarczego, więc nie da się jej wziąć w nawias – nawet czysto teoretycznie – licząc jednocześnie na to, że pozostałe czynniki pozostaną na takim samym poziomie, jak chciałoby wielu krytyków polityki monetarnej ostatnich lat. Przykładowo we wrześniu 2022 r. mieszkańcy krajów strefy euro mogli się „cieszyć” inflacją minimalnie poniżej 10 proc., ale co z tego, skoro nominalny wzrost płac był aż trzykrotnie niższy.

Skalę luki płacowej zaniża relatywnie niski wskaźnik zatrudnienia Polek. Według danych OECD wynosi on obecnie 66 proc. W Czechach jest to 69 proc., w Niemczech – 74 proc., a w Holandii – 79 proc.

Warto zauważyć, że ostatnie lata były łaskawsze dla pracowników o niższych kwalifikacjach. Tradycyjnie najwyższe pensje otrzymują dyrektorzy, kierownicy wyższego szczebla i przedstawiciele władz. W 2016 r. średnie wynagrodzenie w tej grupie zawodów ponad dwukrotnie przebijało średnią krajową. W ubiegłym roku – już „tylko” o 80 proc. Minimalnie – 2–3 pkt proc. względem przeciętnego wynagrodzenia – stracili też specjaliści oraz technicy i średni personel.

Kto zanotował zysk względem klasy średniej?

Zysk względem średniej zanotowali za to pracownicy wykonujący prace proste oraz osoby zatrudnione w usługach i sprzedawcy. Obie grupy dostają wynagrodzenie niższe o ponad jedną trzecią od średniej krajowej, ale w 2016 r. różnica ta sięgała 40 proc. Najbardziej poprawili swoją sytuację operatorzy i monterzy maszyn. Sześć lat temu ich zarobki były niższe o jedną piątą od przeciętnej płacy, a rok temu tracili mniej niż 15 proc.

Przesunięcie się wynagrodzeń nisko wykwalifikowanych pracowników bliżej średniej krajowej jest na pewno efektem dynamicznego wzrostu pensji minimalnej oraz ekspansji wydatków socjalnych, które poprawiły pozycję negocjacyjną osób gorzej zarabiających. Nie należy jednak zapominać o rewolucji na rynku pracy, która w październiku 2016 r. dopiero się rozpędzała. Stopa bezrobocia według metodologii BAEL wynosiła sześć lat temu niecałe 6 proc. W ostatnim kwartale zeszłego roku spadła poniżej 3 proc.

Największe problemy z zapełnieniem wakatów dotyczą właśnie prac fizycznych i tych niewymagających szczególnych kwalifikacji: w budowlance, przemyśle czy transporcie i logistyce. Imigranci z Nepalu, Bangladeszu i innych krajów świata nie pracują przecież jako dyrektorzy w bankach, lecz jako dostawcy, pracownicy produkcji i szeregowi budowlańcy.

Pensja minimalna do góry

Znakomita sytuacja na rynku pracy sprzyjała też pensji minimalnej, która od 2016 r. skoczyła z 1850 zł do 3010 zł brutto. Liberałowie krytykujący szybkie tempo podwyżek konsekwentnie przekonują, że doprowadzi to do masowych zwolnień. Jeszcze w 2019 r. posłanka Platformy Obywatelskiej Izabela Leszczyna tak komentowała plany podniesienia płacy minimalnej do 4000 zł: „Jeśli PiS dołoży do tego wzrost kosztów pracy, to w kolejnym roku pracodawcy będą likwidować miejsca pracy, będą zwalniać pracowników, bo ci będą za drodzy”. Dziś wiemy, że nic takiego się nie wydarzyło. Wręcz przeciwnie – stopa bezrobocia spadła mimo napływu uchodźców i setek tysięcy imigrantów zarobkowych.

Publikacja GUS dowodzi też – wbrew obawom liberałów – że pensja minimalna nie była podnoszona zbyt szybko w stosunku do możliwości przedsiębiorstw prywatnych. W 2016 r. 9 proc. zatrudnionych zarabiało co najwyżej 1850 zł. W ubiegłym roku pensję równą lub niższą minimalnemu wynagrodzeniu za pracę otrzymało zaledwie 6,3 proc. pracowników. Natomiast względna pauperyzacja niektórych grup zawodowych budżetówki (np. młodych pracowników akademickich) to skutek „głodzenia” tego sektora przez odchodzący rząd.

Luka płacowa między kobietami a mężczyznami

Nie zmieniło się szczególnie rozwarstwienie płacowe między kobietami a mężczyznami. W 2016 r. średnia godzinowa stawka mężczyzn była o 12,1 proc. wyższa od godzinowego wynagrodzenia kobiet. W 2022 r. luka płciowa pozostała taka sama i jest niemal równa średniej unijnej (12,7 proc. według danych z 2021 r.). W skali miesiąca różnice te są większe: w ubiegłym roku Polacy zarabiali miesięcznie o 17,6 proc. więcej niż Polki. Ma to związek z tym, że mężczyźni poświęcają więcej czasu na pracę zawodową, a kobiety więcej od nich pracują bezpłatnie w domu. I tak widać jednak poprawę – w 2016 r. ta różnica była wyższa o 1 pkt proc.

Skalę luki płacowej zaniża jednak wciąż relatywnie niski wskaźnik zatrudnienia Polek. Według danych OECD wynosi on obecnie 66 proc. (w przypadku mężczyzn – 78 proc.). W państwach o równie niskim bezrobociu jak u nas kobiety są zwykle znacznie bardziej aktywne na rynku pracy. W Czechach jest to 69 proc., w Niemczech – 74 proc., a w Holandii – 79 proc.

Na drugim biegunie są Włochy, w których wskaźnik zatrudnienia kobiet wynosi jedynie 52 proc., a jednocześnie luka płacowa sięga niecałych 6 proc. Ta sama zależność – niski wskaźnik zatrudnienia i niewielka luka płacowa – dotyczy wielu innych krajów Europy Południowej, w tym: Rumunii, Grecji czy Turcji. Kobiety o niskich kwalifikacjach pozostają zwykle poza rynkiem pracy (w przeciwieństwie do słabo wykształconych mężczyzn), a zawodowo aktywne są najczęściej te lepiej wykształcone, co nieco zniekształca obraz statystyczny.

Obserwujemy to również w Polsce. Według Eurostatu w 2022 r. pracowało 57 proc. mężczyzn i 35 proc. kobiet w wieku produkcyjnym i z wykształceniem podstawowym. Według GUS to m in. dlatego wśród 10 proc. najmniej zarabiających Polaków ponad połowę stanowią pracownicy płci męskiej, a jednocześnie ci ostatni dominują wśród najlepiej wynagradzanych. Opinie, że rozwarstwienie płacowe między płciami u nas jest niskie, są więc nieprawdziwe.

Jakie są przyczyny luki płacowej?

Główną przyczyną luki płacowej w Polsce są niskie płace w sfeminizowanych zawodach, takich jak nauczycielki czy pielęgniarki. Kobiety stanowią także większość zatrudnionych w służbie cywilnej. Rząd ma więc tutaj ogromne pole do działania, z czego w ostatnich latach nie korzystał. Nic więc dziwnego, że w programie każdej partii opozycyjnej oprócz Konfederacji znalazły się podwyżki dla budżetówki. Koalicja Obywatelska obiecała wzrost wynagrodzeń o jedną piątą, a w edukacji nawet o 30 proc.

Drugą kluczową przyczyną luki płacowej jest ogromne rozwarstwienie pensji w dwóch najlepiej zarabiających grupach zawodowych. Na najwyższych stanowiskach kierowniczych mężczyźni zarabiają średnio 14 tys. zł, a kobiety – 10,9 tys. zł brutto. Specjaliści płci męskiej otrzymują średnie wynagrodzenie na poziomie niecałych 10 tys. zł, a płci żeńskiej – 7,6 tys. zł. Mechanizm ten wyjaśniła tegoroczna noblistka z ekonomii Claudia Goldin – nazywa to efektem kary za dziecko. W zawodach nastawionych na karierę premiuje się osoby, które są w pełni dyspozycyjne czasowo i stawiają aktywność zawodową na pierwszym miejscu. Zwykło się uważać, że kobiety nie dają takiej gwarancji, bo to na nie spada zajmowanie się domem i dziećmi. Poza tym z powodu przerw związanych z ciążą i urlopem wychowawczym często omijają je podwyżki i awanse.

Najbardziej interesującym wskaźnikiem w raporcie GUS jest mediana. W uproszczeniu obrazuje ona wysokość pensji, która dzieli społeczeństwo równo na pół. W 2022 r. mediana sięgnęła 5702 zł brutto, czyli stanowiła 81,4 proc. średniej krajowej. Sześć lat temu wyniosła ona 80,8 proc. ówczesnej średniej, czyli połowa pracowników dostawała mniej niż 3511 zł brutto. Zarówno w ubiegłym roku, jak i w 2016 r. poniżej przeciętnego wynagrodzenia zarabiało 66 proc. Polek i Polaków. Inaczej mówiąc, w okresie rządów PiS nierówności płacowe minimalnie się spłaszczyły. Trudno więc mówić o rewolucji. Widać to też w dłuższej perspektywie czasowej. „W ciągu ostatnich 10 lat mediana wynagrodzeń wzrosła o 83,0%, a przeciętne miesięczne wynagrodzenie o 79,7%” – czytamy w publikacji GUS. Wyraźniejsza poprawa zauważalna jest za to samym dole drabiny dochodowej. Na koniec pierwszego roku rządów PiS co najwyżej połowę średniego wynagrodzenia w kraju zarabiało 17,5 proc. pracowników. W ubiegłym roku było to 13 proc. To efekt zarówno działań rządzących (minimalna stawka godzinowa, wzrost pensji minimalnej czy rozszerzenie transferów pieniężnych i związane z tym polepszenie pozycji negocjacyjnej słabszych grup zawodowych), jak i niezależnych od niego procesów, szczególnie przemian demograficznych, które przeobrażają rynek pracy.

Najlepiej zarabiający

Pensje w wysokości kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie wciąż należą do rzadkości. Do górnych 10 proc. najlepiej wynagradzanych pracowników w Polsce w zeszłym roku załapały się osoby zarabiające powyżej 11,6 tys. zł brutto – łącznie było ich około półtora miliona, z czego dwie trzecie stanowili mężczyźni. Do nich można jeszcze doliczyć około pół miliona samozatrudnionych na podatku liniowym. Przynajmniej dwukrotność średniej krajowej, czyli co najmniej 14 tys. zł, otrzymywało 8 proc. mężczyzn i 4 proc. kobiet. Powyżej trzykrotności średniej krajowej – 21 tys. zł brutto – zarabiało ledwie 2 proc. pracowników. Stosunkowo dużą grupę stanowią osoby z dochodami w granicach 7–14 tys. zł (1007–200 proc. przeciętnego wynagrodzenia) – mowa tu o 27,5 proc. zatrudnionych.

O ile za rządów PiS doceniono najmniej zarabiających, o tyle nie zmniejszył się dystans między najlepiej wynagradzanymi a „średniakami” ani luka płacowa między płciami. Na to najwyraźniej zabrakło już pomysłów, woli lub odwagi. ©Ⓟ

Jak zarabiają Polacy / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe