Pierwszy z nich to nadzwyczajny podatek, którym rządy mogłyby obłożyć działające w ich krajach koncerny z tej branży, które od początku kryzysu energetycznego (rok 2021) notują rekordowe zyski w związku z rosnącymi sumami na wystawianych użytkownikom rachunkach. Sens tej inicjatywy jest taki, by pozwolić na podwyżki cen prądu, ale potem położyć rękę na części zysków i zwrócić je obywatelom poprzez mechanizmy redystrybucji.
Drugi pomysł pojawia się od wielu miesięcy w grze (a niektóre rządy – np. hiszpański – już po niego sięgnęły) i polega na zamrożeniu cen energii. W ramach tego schematu koncerny energetyczne po prostu nie będą mogły się domagać od obywateli więcej, niż przewiduje zakadana przez rząd górna granica. Oczywiście w tym wypadku drobnym drukiem dopisujemy, że państwa jakoś tym koncernom pomogą, bo przecież muszą one prąd wyprodukować. A niezbędne do tego surowce (np. gaz) trzeba kupić od dostawców zewnętrznych po rekordowo wysokich cenach.