Republika Chińska, czyli to, co uchowało się na wyspie Tajwan z państwa Czang Kaj-Szeka po triumfie komunistycznej rewolty w kontynentalnej części kraju, ma specyficzny status międzynarodowy. W latach 70. ubiegłego wieku rząd USA dokonał wolty i w poszukiwaniu sojuszników w rozgrywce przeciwko ZSRR znormalizował stosunki z Pekinem. Wtedy wydawało się, że wchłonięcie Tajwanu przez Chińską Republikę Ludową to kwestia czasu. Wyspa popadała w izolację polityczną, a jej władze traciły dostęp do kolejnych organizacji międzynarodowych (w tym fotel w ONZ). Z czasem, gdy komuniści nawrócili się na ekonomiczny pragmatyzm, karierę zrobiła wizja stopniowej, pokojowej inkorporacji, opartej na współpracy gospodarczej. Historia postanowiła jednak zrobić psikusa tym, którzy obstawiali taki scenariusz. Kontynentalne Chiny, coraz bardziej agresywne w skali regionalnej i globalnej, zaczęły wchodzić w paradę najpierw Stanom Zjednoczonym, potem ich dalekowschodnim sojusznikom, w końcu również innym ważnym państwom Zachodu. To spowodowało, że wsparcie dla Tajwanu stało się ważnym narzędziem temperowania aspiracji Pekinu. Tymczasem sami wyspiarze zbudowali nie tylko sprawną demokrację i jedno z najbardziej liberalnych społeczeństw, lecz także imponującą swymi zdolnościami technologicznymi i eksportowymi gospodarkę. Widząc narastającą pod rządami Xi Jinpinga tendencję autorytarno-ksenofobiczną oraz ewidentną zmianę w koniunkturze globalnej, coraz bardziej serio myśleli o formalnym proklamowaniu niepodległości – czyli o końcu fikcji „jednych Chin”.
Rzecz w tym, że na Tajwanie nikt nie liczy dzisiaj na „odwojowanie” terytoriów na kontynencie, które Republika Chińska utraciła ponad 70 lat temu. Za to w Pekinie wręcz przeciwnie – myśl o rozciągnięciu swego władztwa także na buntowniczą wyspę, nawet przy użyciu siły militarnej, jest bardzo żywa i zapisana w wielu oficjalnych dokumentach.