Początki epoki telefonii komórkowej nie sięgają zamierzchłych czasów - to się wydarzyło przed ćwierćwieczem. Tymczasem gdy oglądam zdjęcia pierwszych cyfrowych telefonów - kanciastych nokii, ericssonów czy motoroli - towarzyszy mi osobliwe uczucie obcowania z czymś niezmiernie starym; jest to uczucie znacznie silniejsze niż emocje, które budzi we mnie kontakt z klasycznym telefonem, takim ze słuchawką i tarczą. W czym rzecz? Przypuszczalnie w tym, że właśnie w tej sferze świat najmocniej przyspieszył w ciągu ostatnich 25 lat - i że owa zmiana, pod wieloma względami rewolucyjna, dotknęła wszystkich: i tych, którzy witali ją z entuzjazmem, i tych, którzy ją odrzucali, i tych, którym to było obojętne (póki mogło być). Ekran smartfona jest być może najpełniejszą opowieścią o współczesności.
Pierwszą komórkę miałem w roku 2000 - był to pokraczny telefon francuskiej marki Sagem, cegła z antenką. Traktowałem go z reguły jako radiostację do wzywania pomocy w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Zresztą po każdym użyciu należało go wyłączyć, bo ogniwko miał tak słabe, że wyładowywało się w kwadrans. Po dwóch latach miałem już Nokię 5110 i była to przesiadka z trabanta do limuzyny, choć Nokia 5110, pękata i ciężka, też nie grzeszyła subtelnością. A kiedy w 2007 r. Apple zaprezentowało pierwszego iPhone’a, nie rozumiałem, o co w ogóle chodzi - dlaczego ktoś mógłby zapragnąć nosić w kieszeni dziko drogie skrzyżowanie telefonu z komputerem. W dwa lata później sam miałem w kieszeni smartfona.