Kilka tysięcy ludzi zebrało się we wtorek w Tbilisi na pogrzebie Leksy Laszkarawy. Operatora telewizji Pirweli znaleziono martwego w niedzielę, sześć dni po tym, jak pobiła go grupa radykałów podczas pogromu mediów i środowisk LGBT, do jakiego doszło w stolicy Gruzji.
Nacjonaliści zniszczyli biura organizacji reprezentujących mniejszości oraz zaatakowali przedstawicieli mediów – rannych zostało co najmniej 53 dziennikarzy. Polska ambasada jako jedna z czterech zachodnich placówek nie podpisała się pod oświadczeniem potępiającym zajścia, choć tego samego dnia ranny został polski turysta.
Nie zabijajcie go!
Reklama
5 czerwca w Tbilisi miała się odbyć parada równości. Nie odbyła się, bo ulice stolicy zajęło kilka tysięcy agresywnie nastawionych ludzi, wezwanych na kontrmanifestację przez prawosławnych duchownych. Zaatakowano biura organizacji pozarządowych – Ruchu Wstydu i Tbilisi Pride, a protest przerodził się w polowanie na dziennikarzy oskarżanych o „promocję homoseksualizmu”.
Obrażenia odniosło pięciokrotnie więcej przedstawicieli mediów niż podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 r. – Mam złamany nos i pięć wybitych zębów – mówił Tornike Mandaria z Radia Tawisupleba. Policja reagowała opieszale. – A co myślałeś, że się stanie, jeśli pójdziesz na marsz organizowany przez pedziów? – miał mu powiedzieć jeden z funkcjonariuszy. – Gdy poczułem na plecach ciosy, zacząłem biec, ale wszyscy pobiegli za mną. Ktoś pociągnął mnie za koszulkę, a jeden z duchownych wylał na mnie gorącą kawę – dodawał Rati Cwerawa z kanału Formula w rozmowie z portalem OC Media.

Reklama
Wśród rannych był też Lekso Laszkarawa, który towarzyszył z kamerą dziennikarce Pirweli Mirandzie Bagharturii. Gdy jeden z duchownych szarpnął ją za włosy oraz uderzył, Laszkarawa poprosił, żeby przestał. Wówczas agresja tłumu skierowała się na niego. – Bili go bez litości przez 20 minut. Leżał w kałuży krwi. W tym czasie z 15 osób trzymało mnie, gdy krzyczałam, by go nie zabijali. Mnie też bito – opowiadała później Baghaturia na antenie własnej telewizji. Laszkarawie połamano wtedy kości twarzoczaszki. Gdy znaleziono go martwego w mieszkaniu, policja, nie czekając na wyniki badań, oświadczyła, że był pod wpływem środków odurzających, i pokazała film z monitoringu w aptece, gdzie je kupował. Chodziło o kodeinę oraz morfinę, stosowane do walki z bólem.
Jeszcze w niedzielę pod siedzibą parlamentu zebrali się demonstranci żądający odwołania rządu i niezależnego śledztwa w sprawie śmierci operatora. – Chronił mnie i nasz zawód, bo naszym zawodem jest informowanie was. Zdołał nagrać 47 sekund i to było ostatnie, co nagrał – opowiadała na wiecu Baghaturia. Do apelu dołączyło 12 organizacji zajmujących się obroną praw człowieka. Podobne protesty odbyły się też w kilku innych miastach kraju. Gruzja – niezależnie od pogromu z 5 lipca – od kilku miesięcy znajduje się w kryzysie politycznym, odkąd Gruzińskie Marzenie po raz trzeci z rzędu obroniło samodzielną większość w parlamencie. Opozycja nie uznała tego wyniku i przez kilka miesięcy bojkotowała obrady parlamentu, choć międzynarodowi obserwatorzy uznali, że zauważone nieprawidłowości nie miały wpływu na wynik wyborów.
Właściciel Pirweli Wato Cereteli oskarżył o śmierć dziennikarza rząd i premiera Iraklego Gharibaszwilego. Te pretensje nie są bezpodstawne, bo po tym, jak nacjonaliści wszczęli zamieszki, premier zdecydował się potępić paradę równości. Dodatkowo, mimo napiętej atmosfery, szef MSW Wachtang Gomelauri nie zdecydował się skierować na ulice dodatkowych sił policyjnych, przez co funkcjonariusze nie byli w stanie powstrzymać tłumu od polowania na dziennikarzy.
Uliczny dramat nie otrzeźwił drugiej strony. – Dostaliście raz i będziecie dostawać ponownie – powiedział dziennikarzowi telewizji Mtawari biskup Ioane Gamrekeli, znany z radykalnych, prorosyjskich i antysemickich wypowiedzi. „Jeden dziennikarz zginął, a wy robicie taki wielki szum” – dodał na Facebooku biskup Antoni Buluchia. Zniknęła za to z internetu ekstremistyczna strona Alt Info, współorganizująca kontrmanifestację.
Rząd, zamiast jednoznacznie potępić ataki, wybrał teorie spiskowe. Gharibaszwili powiedział, że parada równości, a może i ataki homofobów, miały być prowokacją szykowaną przez rewanżystów związanych z Micheilem Saakaszwilim, byłym prezydentem i wrogiem numer jeden obecnej ekipy rządzącej. – Poza tym co to w ogóle za parady? Znam tylko jedną paradę: to parada naszej armii – dodawał. – Celem tej parady równości nie była ochrona niczyich praw, ale subiektywne interesy polityczne – przekonywał lider Gruzińskiego Marzenia Irakli Kobachidze. „To ogromna porażka w ochronie filaru demokracji, jakim jest wolna prasa. Coraz wyraźniej widać też, że ta porażka wynikała nie tylko z niekompetencji, ale ze świadomej decyzji, by nie przeszkadzać agresywnemu tłumowi” – oświadczyły w redakcyjnym komentarzu OC Media. A cztery stacje telewizyjne we wspólnym proteście – Formula, Kawkasia, Mtawari i Pirweli – na dobę wstrzymały nadawanie.
– Moim zdaniem to był celowy atak na prozachodnie media i aktywistów, zorganizowany przez Cerkiew i siły prorosyjskie. Z pozwolenia rządu, który nie zapewnił bezpieczeństwa. Dlatego to władza jest odpowiedzialna za wszystkie skutki, w tym za śmierć dziennikarza – mówi DGP gruziński politolog i publicysta Dimitri Awaliani.
Na zamieszki natychmiast zareagowały zachodnie ambasady. „Potępiamy atak na działaczy obywatelskich, członków społeczności i dziennikarzy. Potępiamy zaniechanie potępienia przemocy ze strony przywódców rządowych i dostojników religijnych” – czytamy w oświadczeniu podpisanym przez kierowników 20 placówek, do których po pewnym czasie dołączyły jeszcze ambasady Belgii, Czech, Portugalii, Słowacji, Słowenii i Węgier. Na liście zabrakło czterech zachodnich przedstawicielstw: Rumunii, przywiązanej do żelaznej neutralności Szwajcarii, Watykanu i Polski. To ostatnie jest o tyle zaskakujące, że w dniu zamieszek został ranny obywatel RP, podróżnik i bloger Jacek Kolankiewicz.
– W Tbilisi byłem, można powiedzieć, przejazdem. Zjadłem śniadanie i po prostu szedłem ulicą. Nagle z lewej strony pojawił się ten człowiek i zaczął zadawać mi ciosy nożem. Próbowałem się bronić statywem od kamery, częściowo uderzenia osłabił plecak – opowiadał Polskiej Agencji Prasowej. – Ja o tej napiętej sytuacji nic nie wiedziałem, bo właściwie wybierałem się do monastyrów Dawit Garedża i w Tbilisi miałem tylko wsiąść do minibusa. Gdybym wiedział, że w mieście jest zadyma, po prostu bym tam nie pojechał – dodawał autor bloga „Wyprawy z Kojotem”, który kilka dni temu wyszedł z gruzińskiego szpitala i wybierał się na rekonwalescencję do Polski. Jak mówili świadkowie, tłum wziął go za geja ze względu na kolczyk w uchu i długie włosy.
Na stronie ambasady RP w Tbilisi próżno jednak szukać jakiejkolwiek reakcji, podobnie jak w jej serwisach społecznościowych, jeśli nie liczyć apelu o „zachowanie spokoju i wzmożonej ostrożności, unikanie miejsc zgromadzeń publicznych oraz podporządkowywanie się poleceniom służb lokalnych”.
„Nieobiektywne podejście”
Otwarta agresja wymierzona w środowiska LGBT nie jest jedynie domeną Gruzji. 3 maja na łamach „Washington Post” ukazała się reklama społeczna kampanii Partnerstwo dla Wolności Słowa. Przedstawiono w niej 10 dziennikarzy, którzy zderzyli się ostatnio z ograniczaniem swobody wypowiedzi. Na listę trafił m.in. Kasra Nuri, który odsiaduje 12-letni wyrok za opisywanie protestów w Iranie, i Kaciaryna Barysiewicz z Białorusi, skazana na pół roku kolonii karnej za ujawnienie, że zamordowany przez łukaszenkowską bojówkę protestujący – wbrew twierdzeniom prokuratury – był trzeźwy. Wśród wymienionych była także Agnieszka Pikulicka-Wilczewska, jedyny zachodni korespondent mieszkający na stałe w Uzbekistanie.
„Freelancerka straszona publicznie przez uzbeckie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych możliwymi pozwami sądowymi w związku z jej artykułami o atakach na aktywistów LGBTQ” – głosiło uzasadnienie. Pikulicka-Wilczewska opisuje środkowoazjatycką rzeczywistość m.in. na łamach brytyjskiego dziennika „The Guardian” i dla anglojęzycznej Al-Dżaziry. Zajmuje się pełnym spektrum tematów społecznych, politycznych i gospodarczych, jednak ostatnio władzom przeszkadzają przede wszystkim jej publikacje na temat mniejszości seksualnych. Wszystko w kontekście dyskusji o zaostrzeniu prawa wymierzonego w społeczność LGBT.
– Oskarżono mnie o złamanie czterech przepisów, ale sprawy w sądzie nie mam. Prosiłam wielokrotnie, żeby mnie postawili przed sądem, bym mogła bronić mojego dobrego imienia, albo żeby mnie przeproszono – mówi Pikulicka-Wilczewska. – Zostałam poddana zmasowanej akcji prorządowych trolli. Oskarżano mnie, że jestem amerykańską agentką albo że chcę zorganizować w Uzbekistanie rewolucję LGBT – dodaje.
Uzbekistan odziedziczył po czasach radzieckich przepis penalizujący męskie stosunki seksualne – grozi za to do trzech lat więzienia. Gdy wszystkie państwa powstałe w wyniku rozpadu ZSRR (poza Turkmenistanem) już dawno wykreśliły ten artykuł z kodeksów karnych, władze w Taszkencie wybrały inną drogę. W nowej redakcji k.k., której projekt opublikowano w lutym, męskie stosunki homoseksualne nie tylko nie zostały zdekryminalizowane, ale dodatkowo przeniesiono je do rozdziału „przestępstwa przeciw rodzinie, moralności i dzieciom”. Dodatkowo utrzymano na ich określenie termin „besoqolbozlik”, uznawany za obraźliwy, pod względem konotacji porównywalny z naszą „pederastią” albo „sodomią”.
Dyskusja skupiła na gejach zainteresowanie ze strony prorządowej propagandy – i pod jej wpływem w marcu na ulice Taszkentu wyszło kilkudziesięciu radykałów występujących przeciwko LGBT. Wznosząc po arabsku okrzyki „Allah akbar!”, wyszukiwali wśród przechodniów ludzi, którzy z wyglądu kojarzyli im się z homoseksualistami. I znaleźli – dwoje fanów japońskich filmów animowanych zostało dotkliwie pobitych. Policja stała z boku.
Mniej szczęścia miał krytyczny wobec władz bloger Miraziz Bozorov, opowiadający się za zniesieniem kar za homoseksualizm. 28 marca pobito go kijem bejsbolowym, na miesiąc trafił do szpitala. Jakby tego było mało, MSW oskarżyło o to, że sam sprowokował napad, „próbując propagować homoseksualizm i tworzyć warunki dla protestu i nietolerancji ze strony obywateli”. Po wyjściu ze szpitala trafił do aresztu domowego, bo w jednym z filmów określił szkoły mianem „miejsc, gdzie niewolnicy i przegrywy uczą dzieci, jak zostać niewolnikami i przegrywami”. Donos złożyli nauczyciele ze szkoły, w której wcześniej w ramach „walki z ideologią LGBT” mierzono uczniom długość skarpetek.
Już wcześniej środowiska LGBT nie miały w Uzbekistanie łatwego życia. To zachowawczy kraj, w którym poradziecki purytanizm miesza się z nietolerancją wobec odmienności, płynącą z tradycyjnego postrzegania islamu. W ten sposób utrzymanie kar dla gejów tłumaczył zresztą prezydent Shavkat Mirziyoyev, określając przeciwne postulaty mianem sprzecznych z islamem i „uzbeckim światopoglądem”. Tym samym jednoznacznie określił granice liberalizacji wprowadzanej po śmierci swojego poprzednika Isloma Karimova. Mirziyoyev ograniczył wszechwładzę Służby Bezpieczeństwa Państwowego (DXX), złagodził represje i uchylił drzwi dla gości zagranicznych, co doceniono na Zachodzie.
Organizacje broniące praw człowieka niejednokrotnie informowały o problemach gejów i lesbijek, którzy padają ofiarami przemocy i szantażu, także ze strony władz. W sieciach społecznościowych istnieją grupy, które wymieniają się filmami przedstawiającymi poniżanie i bicie osób podejrzewanych o nieheteronormatywność. W 2019 r. we własnym mieszkaniu został zasztyletowany 25-letni Shokir Shavkatov. Kilka dni wcześniej mężczyzna dokonał coming outu na swoim profilu na Instagramie. Sprawcę znaleziono i ukarano. Pięć osób przyznało w rozmowie z Human Rights Watch (HRW), że musiało opłacać się szantażystom, którzy grozili, że w przeciwnym razie ujawnią ich orientację. Alisher (imię zmienione) opowiedział HRW, jak umówił się na spotkanie przez internet, a gdy przyszedł na miejsce, nowy znajomy z jeszcze jednym człowiekiem pobili go, odebrali telefon i zagrozili, że wydadzą milicji, twierdząc, że sami są funkcjonariuszami MSW. Alisher zgodził się zapłacić 1 mln sumów (360 zł) haraczu.
Po marcowych protestach radykałów, DXX wzmogła inwigilację środowisk LGBT. Na przesłuchania wzywano ludzi, którzy odwiedzali Bozorova w szpitalu, a także znajomych Pikulickiej-Wilczewskiej, która opisała sprawę blogera na Twitterze. – Mój partner, nazajutrz po tym, jak razem odwiedziliśmy Bozorova, został wezwany na przesłuchanie do DXX. Poszedł z adwokatem, który jednak w pewnym momencie wyszedł z sali przesłuchań. Wtedy go pobito. Pokazywali mu zdjęcia naszych znajomych i chcieli, by identyfikował ich jako gejów – mówi dziennikarka.
2 czerwca MSZ odmówiło przedłużenia jej akredytacji, wcześniej oskarżając w opublikowanym na stronie resortu artykule o „łamanie prawa”, „nieobiektywne podejście do wydarzeń, które zaszły wokół M. Bozorova”, „dyskredytację organów ścigania” i pytając, „jaki jest cel tej kobiety”. – Dostawałam wiadomości z życzeniami śmierci. Ktoś nagrał fragment mojego wykładu na uniwersytecie, na którym mówiłam o prawach LGBT, zafałszował jego tłumaczenie na uzbecki i opublikował z wezwaniem do mojej deportacji za obrażanie uzbeckich tradycji. Na drugi dzień jakaś kobieta nagrała film, na którym zagroziła, że jeśli mnie spotka, wyrwie mi włosy za to, że miałam rzekomo określić wszystkich Uzbeków mianem gejów. Miałam też dziwną kolizję drogową; ktoś wjechał w tył mojego samochodu, po czym zupełnie spokojny wysiadł z auta i wdał się w przyjazną pogawędkę z milicjantami. Znajomy polityk powiedział mi, że tę stłuczkę zorganizowała bezpieka – opowiada.
Dla polskiej dziennikarki to nie pierwszy problem z uzbeckimi władzami. Na początku roku odmówiono jej przedłużenia akredytacji, po tym jak nie chciała zgodzić się na żądania przedstawiciela MSZ, by pisać o Uzbekistanie w bardziej pozytywnym tonie. Jak dodaje, wspomniany pracownik resortu próbował ją molestować seksualnie. Gdy ujawniła sprawę, ministerstwo przeprosiło i zgodziło się na przedłużenie jej prawa do pracy o kwartał. – Uzbekistan podtrzymuje politykę niedopuszczalności jakichkolwiek form naruszania honoru i godności człowieka – przekonywała przewodnicząca senatu Tanzila Norboyeva, dodając, że „Agnieszka sama ujawniła ten fakt, pokazując się jako człowiek śmiały i nieobojętny”.
Bez pomocy
Poprosiliśmy polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych o odpowiedź na pytanie, dlaczego nasza ambasada w Tbilisi nie podpisała się pod oświadczeniem kilkunastu zachodnich placówek dyplomatycznych, potępiającym akty przemocy wymierzone w środowiska LGBT i dziennikarzy na ulicach gruzińskiej stolicy, oraz jakiej pomocy resort udzielił Jackowi Kolankiewiczowi i Agnieszce Pikulickiej-Wilczewskiej. Do zamknięcia tego wydania Magazynu DGP nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
Dziennikarka mówi, że za namową amerykańskiej ambasady i przedstawicielstwa Unii Europejskiej bezskutecznie prosiła o takie wsparcie. – Usłyszałam od dyplomaty, że nie wie, czy może się mieszać w wewnętrzne sprawy Uzbekistanu, a jako że jestem tu jako reporterka Al-Dżaziry, może jakaś inna ambasada powinna interweniować – opowiada.
Komisja, Polska, Węgry i LGBT
„Komisja uważa, że władze polskie nie ustosunkowały się w pełni i w odpowiedni sposób do zapytania Komisji dotyczącego charakteru i wpływu uchwał dotyczących tzw. stref wolnych od ideologii LGBT przyjętych przez kilka polskich regionów i gmin” – podała w czwartek Komisja Europejska, wszczynając postępowanie przeciwko Polsce w sprawie uchybienia zobowiązaniom państwa członkowskiego, czyli przestrzegania wartości zapisanych w traktatach. KE obawia się, że deklaracje „stref wolnych” mogą naruszać unijne prawo o niedyskryminacji ze względu na orientację seksualną, zaś podstawą postępowania jest zakaz wszelkiej dyskryminacji (w tym ze względu na orientację seksualną) zapisany w Karcie Praw Podstawowych UE (art. 21) oraz art. 13 Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską (środki niezbędne w celu zwalczania wszelkiej dyskryminacji ze względu na płeć, rasę lub pochodzenie etniczne, religię lub światopogląd, niepełnosprawność, wiek lub orientację seksualną).
KE już w lutym chciała uzyskać wyjaśnienia i dokumenty na temat wpływu samorządowych uchwał o „strefach wolnych od LGBT” lub „o przeciwdziałaniu ideologii LGBT” na równość i ochronę praw podstawowych, jednak ich nie uzyskała. Uchwały takie podjęło ponad 50 gmin i powiatów. Część samorządów się z nich wycofała, m.in. pod wpływem skarg, jakie wniósł na nie rzecznik praw obywatelskich, zerwanych partnerstw międzynarodowych oraz po odmowie finansowania projektów sześciu gmin, które przyjęły deklaracje.
Polska będzie miała na odpowiedź dwa miesiące. Jeśli będzie niesatysfakcjonująca, sprawa trafi do TSUE.
Postępowanie wszczęto także w stosunku do Węgier, gdzie przyjęto ustawę zakazującą „propagowania homoseksualizmu w szkołach”.
AKTUALIZACJA: W czwartek po południu szefowie unijnych placówek akredytowanych w Tbilisi opublikowali list otwarty do szefa MSW Gruzji Wachtanga Gomelauriego. Obok kolejnych wyrazów zaniepokojenia zajściami z 5 lipca ambasadorowie wyrazili w nim oczekiwanie, że rząd wpłynie na uspokojenie nastrojów i ukaranie sprawców aktów przemocy. Tym razem pod oświadczeniem podpisała się także polska ambasada.