Tradycji musi stać się zadość. Zgodnie z zasadą, że żadne większe wydarzenie w Polsce nie może się odbyć bez zwolnienia związanych z nim zamówień z obowiązku organizowania przetargów, Sejm zajmie się projektem dotyczącym przewodnictwa naszego kraju w UE.

Uczciwie mówiąc, nie miałem co do tego większych wątpliwości – jaki rząd by nie rządził, organizacja każdego większego wydarzenia w naszym kraju musi bowiem zostać zwolniona ze stosowania ustawy – Prawo zamówień publicznych (t.j. Dz.U. z 2019 r. poz. 2019 ze zm.). Inaczej po prostu się nie da. Nie da się zorganizować przetargów z wyprzedzeniem, tak żeby zdążyć na czas i żeby firmy mogły na normalnych konkurencyjnych zasadach rywalizować o zamówienia. Organizujemy szczyt NATO? No to szybciutko uchwalamy ustawę o wdzięcznym tytule „o szczególnych rozwiązaniach związanych z organizacją Szczytu Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego w Rzeczypospolitej Polskiej w Warszawie w 2016 r.”. Polska gości uczestników konferencji w sprawie zmian klimatu (COP24)? Oczywiście przygotowania zaczynają się od zwolnienia spod przepisów o zamówieniach publicznych. Z początkiem 2025 r. przejmiemy przewodnictwo w UE? W Sejmie już czeka na uchwalenie nowa ustawa, której tytuł zaczyna się od nieodzownych „szczególnych rozwiązań”. Tym razem będą to szczególne rozwiązania „w związku z przygotowywaniem i ze sprawowaniem przez Rzeczpospolitą Polską przewodnictwa w Radzie Unii Europejskiej w I połowie 2025 r.”.

Poszczególne rządy różnie tłumaczą konieczność pominięcia procedur przetargowych. Najczęściej brakiem czasu i zaniechaniami poprzednich władz. Tym razem w projekcie ustawy ta argumentacja nie pada, bo czasu jest sporo, a sama ścieżka legislacyjna związana z przyjęciem tego aktu zajmie dłużej niż niejeden przetarg. W zasadzie po lekturze uzasadnienia nie mam pojęcia, dlaczego wszystkie zamówienia związane z polską prezydencją, jak leci, mają być traktowane na specjalnych zasadach. Autorzy projektu coś tam wspominają o ich „specyfice”, ale chyba sami nie mają przekonania do tej argumentacji. Tym bardziej że w kolejnych zdaniach sami przyznają, że część zleceń nawet bez specjalnej ustawy mogłaby być zwolniona spod przepisów o zamówieniach publicznych, ze względu na ochronę informacji niejawnych czy istotny interes bezpieczeństwa państwa. Dlaczego to zwolnienie musi zostać rozciągnięte na wszystkie umowy, w tym zakup długopisów, notatników czy wybór firmy cateringowej? Tego nie wyjaśniają.

Dlatego mam propozycję dla naszych władz. Zamiast za każdym razem na nowo uchwalać kolejną ustawę incydentalną, wymyślać coraz mniej przekonujące argumenty, które mają to uzasadniać, przyjmijmy może akt blankietowy, który w swym tytule będzie zawierał nieśmiertelne „szczególne rozwiązania” związane z organizacją ważnych wydarzeń. A potem szybką nowelizacją aktualizujmy tylko katalog tych wydarzeń. Zresztą można też ustanowić delegację ustawową do zmiany tego katalogu zwykłym rozporządzeniem premiera. Po co komplikować sobie nadmiernie życie, skoro i tak wiadomo, że przy kolejnym większym wydarzeniu znów konieczne staną się „szczególne rozwiązania”?

Dzięki temu unikniemy niepotrzebnego zamętu, a urzędnicy z góry będą wiedzieć, że mogą kupować z pominięciem uciążliwych procedur przetargowych. Jeśli, dajmy na to, nasz kraj zdobędzie organizację igrzysk olimpijskich w 2036 r., o co zabiega, to nie będzie czekać na ostatnią chwilę, by uzasadnić konieczność przyjęcia kolejnej specustawy, tylko na spokojnie będzie mógł prowadzić przygotowania. Z wyłączeniem tego okropnego prawa zamówień publicznych oczywiście.©℗