statystyki

Elity rządzą społeczeństwami? Nic bardziej mylnego

autor: Bartłomiej Niedziński11.06.2016, 16:30
głosowanie, wybory

Im więcej referendów, tym niższa frekwencja. Jeszcze na początku lat 90. mediana frekwencji wynosiła 71 proc., obecnie spadła do 41 proc. Czyli ludzie narzekają, że nie mają wpływu na sprawy kraju, ale jeśli mają taką możliwość, to i tak z niej nie bardzo korzystająźródło: ShutterStock

Ostatnie pięć lat to rekord, jeśli chodzi o liczbę plebiscytów. Głosowanie w Wielkiej Brytanii tylko potwierdzi ten trend. Ale społeczeństwa nadal narzekają, że o wszystkim decydują za nich politycy.

Jednym z najczęściej wskazywanych powodów postępującego zniechęcenia ludzi do polityki jest brak poczucia realnego wpływu na podejmowane decyzje, a nawet szczególnie w przypadku Unii Europejskiej – pewien deficyt demokracji i dominacja elit, które nie rozumieją ludu. Niby są wybory do Parlamentu Europejskiego, a ten z kolei podejmuje decyzje w sprawie przyjmowanych przez Komisję Europejską dyrektyw. Ale co to za wybory, skoro z góry wiadomo, że dwie największe frakcje – chadecy i socjaliści – zawsze się dzielą władzą, a te, które mają bardziej sceptyczny stosunek do integracji, są marginalizowane, zaś skład Komisji jest ustalany głównie na podstawie parytetów partyjnych i płciowych.

Europejczycy raczej mają poczucie, że gdzieś w Brukseli mieszkają unijni urzędnicy, którzy podejmują decyzje w kompletnym oderwaniu od świata zewnętrznego i nie mając pojęcia o faktycznych problemach ludzi. Po części zarzut oderwania od rzeczywistości odnosi się też do polityków krajowych, choć tych przynajmniej można raz na cztery czy pięć lat odwołać.

Taka jest percepcja. Dane mówią jednak co innego. Trendem w Europie jest raczej ludowładztwo i demokracja referendalna. Okres od 2011 do 2015 r. był pod względem plebiscytów rekordowy. Od decydowania o prawie do małżeństw homoseksualnych w Irlandii do decyzji o tym, czy Unia powinna się stowarzyszać z Ukrainą.

Ludzie decydują o konkretnych sprawach w referendach, a demokracja bezpośrednia nigdy w czasach współczesnych nie miała się lepiej niż obecnie. Jak zwrócił niedawno uwagę tygodnik „The Economist”, o ile od początku lat 50. do końca 90. w każdej pięciolatce odbywało się w Europie – wyłączając Szwajcarię i Liechtenstein, gdzie demokracja bezpośrednia jest głęboko zakorzeniona – średnio mniej niż 10 referendów, to od lat 90. jest ich około 40, zaś okres 2011–15 był pod tym względem rekordowy. Ale jak się okazuje, im więcej referendów, tym niższa frekwencja. Jeszcze na początku lat 90. mediana frekwencji wynosiła 71 proc., obecnie spadła do 41 proc. Czyli ludzie narzekają, że nie mają wpływu na sprawy kraju, ale jeśli mają taką możliwość, to i tak z niej nie bardzo korzystają. W jaki sposób to sensownie wyjaśnić?

Za niespełna dwa tygodnie mieszkańcy Wielkiej Brytanii będą głosować nad pozostaniem lub wyjściem kraju z Unii Europejskiej i jest to jeden z nielicznych w ostatnich latach przypadków w Europie, w których referendum jest faktycznie uzasadnione. Dalsze członkostwo w Unii jest kwestią w dużej mierze determinującą przyszłość kraju na najbliższe dziesięciolecia, budzi ogromne spory, a wynik jest trudny do przewidzenia. Zatem o tej sprawie nie powinien decydować ani rząd, ani parlament, szczególnie że przy obowiązującym w Wielkiej Brytanii większościowym systemie wyborczym jego skład niezbyt dokładnie odzwierciedla poglądy mieszkańców. Zatem 23 czerwca frekwencja na pewno będzie wysoka. Podobnie jak to miało miejsce w przeprowadzonym niespełna dwa lata temu referendum w Szkocji na temat oderwania się od Zjednoczonego Królestwa. Wówczas udział w nim wzięło prawie 85 proc. uprawnionych do głosowania. Ale już w przeprowadzonym w Wielkiej Brytanii w 2011 r. referendum (dopiero drugim ogólnokrajowym plebiscycie w historii) w sprawie zmiany ordynacji większościowej na system głosów alternatywnych, czyli ustawiania kandydatów w kolejności własnych preferencji, do urn pofatygowało się zaledwie 42 proc. Brytyjczyków, z czego ponad dwie trzecie opowiedziało się za utrzymaniem dotychczasowej ordynacji.


Pozostało 70% tekstu

Prenumerata wydania cyfrowego

Dziennika Gazety Prawnej
9,80 zł
cena za dwa dostępy
na pierwszy miesiąc,
kolejny miesiąc tylko 79 zł
Oferta autoodnawialna
KUPUJĘ

Pojedyncze wydanie cyfrowe

Dziennika Gazety Prawnej
4,92 zł
Płać:
KUPUJĘ
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Komentarze (3)

  • EWA(2016-06-12 08:33) Zgłoś naruszenie 00

    Czy aby nie najwyższy czas skończyć z manipulacją? Przecież gazeta traci w ten sposób wiarygodność! Na czym polega "demokracja" w UE, skoro jakaś KE negocjuje potajemnie umowę TTIP???? Czy wyniki referendów mają jakąś moc? W Irlandii dot. przyjęcia Traktatu Lizbońskiego, w Holandii w sprawie Ukrainy? A czy w Polsce jest do pomyślenia referendum w sprawie stacjonowania obcych wojsk, TTIP, przyjmowania imigrantów, ruchu bezwizowego dla Ukraińców itd? Nastały rządy reżimów głoszących bezczelniei fałszywie "demokrację" i jakieś tam wartości. Szczególnie śmieszna jest propaganda dot. negatywnych konsekwencji Brexitu, m.in. utraty przez Wlk. Brytanię dopłat - w sytuacji, gdy Wlk. Brytania jest płatnikem netto. Polityków unijnych i polskich dotknęła jakaś choroba polegająca na tym, że uważają się za właścicieli państw i obywateli. Ciekawe, jakie wydarzenia doprowadzą do oprzytomnienia czegoś, co się nazywa niesłusznie elitami?

    Odpowiedz
  • Taka jest ...(2016-06-11 17:54) Zgłoś naruszenie 00

    ... prawda.... niestety !

    Odpowiedz
  • Pan Murzyński - Filipiński(2016-06-11 23:41) Zgłoś naruszenie 00

    Język jest jak ubranie. Pewne słowa robią się modne, robią zawrotną karierę, inne są wstydliwie ukrywane i zastępowane synonimami. W ostatnim ćwierćwieczu odkurzono "elity". Okazuje się, że społeczeństwo praktycznie dzieli się na elity i resztę. Te pierwsze z racji swoich wrodzonych predyspozycji umysłowych mają boski dar który legitymizuje ich prawo do rządzenia. Tym drugim pozostaje zgodnie z ukazem carskim "przyjąć postawę mizerną i usłużną aby nie wprawić w zakłopotanie przełożonego". To bizantyjska wiza świata, w której istnieje elita, zwana też przez jednego z jej wybitniejszych członków "klasą próżniacza" i tych którzy muszą ją utrzymywać. Być może dziennikarze, którzy jak pokazuje sprawa p. Olejnik też uważają się za elitę, funkcjonującą w społeczeństwie na specjalnych prawach, nie bardzo rozumieją pierwotne znaczenie tego słowa. W dawnych czasach status materialny, czy wykonywanie jakiegoś zawodu nie powodowało automatycznego stawania się elitą. Na taki status trzeba było zapracować. Przedsiębiorca który tworzył i pomnażał dobro narodowe wspierający rozwój kraju był elitą, poseł podnoszący jedynie rękę zgodnie z partyjną rekomendacją nie. To wizja w zrozumieniu łacińskim. Swego czasu inny członek "elit" w słowach "Polska w rękach drobnych cwaniaczków, drobnych pijaczków" chyba najdosadniej określił o jakich "elitach" dziś mowa. Jeżeli zaś referenda są wyznacznikiem tego kto rządzi społeczeństwami, to bezdyskusyjnie najlepszym dowodem są te, które zostały powtórzone z powodu z powodu "niewłaściwego wyniku" i zapowiedzi organizowania ich do zamierzonego skutku.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie