Raz na tydzień wieczorne czytanie dwójce moich urwisów wieńczy nieśmiertelny „Paweł i Gaweł” Aleksandra Fredry. Nawet kiedy dzieciaki nie recytowały jeszcze z pamięci całego wiersza, od najmłodszych lat dopowiadały zakończenie: „Z tej to powiastki morał w tym sposobie, jak ty komu, tak on tobie”. Długi czas naiwnie myślałem, że wierszyk nauczy dzieci, że nie warto „czynić drugiemu, co tobie niemiłe”, dopóki nie uświadomiłem sobie, że przecież zachęca do zemsty. Bo to inna forma powiedzenia „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie” i sprawiedliwe jest „odpłacenie pięknym za nadobne”.

– Pojmujemy odwet jako rzecz zupełnie naturalną, dlatego przysłowia tego rodzaju nigdy się nie zdezaktualizują. Choć można je rozumieć dwojako: nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe, nie tylko dlatego, że jest to złe, ale i dlatego, że możesz się spotkać z usprawiedliwioną negatywną reakcją – mówi językoznawca prof. Jerzy Bralczyk.

Pierwszym aktem prawnym, z którym spotyka się polski uczeń, jest babiloński Kodeks Hammurabiego, którego naczelną zasadę sprowadzoną do powiedzenia „Oko za oko, ząb za ząb” potrafi wyrecytować nawet wyrwany ze snu w środku nocy. Dla wielu to ostatnia rzecz, którą z lekcji historii w ogóle pamiętają. Czy to oznacza, że nadal postrzegamy sprawiedliwość poprzez pryzmat starożytnego rozumienia prawa czy przysłów zaczerpniętych z Biblii?

Pomiędzy sercem a rozumem

Powiedzenie „Wet za wet” jest właściwe wszystkim kulturom i społeczeństwom, choć występuje w różnych formach. Począwszy od najbrutalniejszego starożytnego prawa talionu ze wspomnianą zasadą „oko za oko”, przez średniowieczne prawo stosujące kary odzwierciedlające (w których za kradzież ucinano rękę, a za złamanie postu wybijano zęby), po współczesne działania odwetowe (jak w eufemistyczny sposób określa się zbrojną napaść jednego państwa na drugie).

Sprawiedliwość była rozumiana jako wymierzenie kary co najmniej tak samo dotkliwej jak skutki przestępstwa. – Do XVII–XVIII stulecia sankcje karne nie tylko stanowiły istotny instrument o charakterze politycznym, lecz także w dużym stopniu odzwierciedlały nastroje społeczne. Potem ukształtował się model kar i sprawiedliwości o charakterze humanistycznym – mówi dr Paweł Wiązek z zakładu powszechnej historii państwa i prawa Uniwersytetu Wrocławskiego. – Chodzi o przekonanie, że poza wymierzeniem sprawiedliwości istotną cechą kary jest jej funkcja resocjalizacyjna. Sens i potrzeba jej wymierzania objawiają się w dążeniu do poprawy przestępcy, który po odbyciu wyroku mógłby powrócić do społeczeństwa i nie stanowiłby dla niego zagrożenia – tłumaczy dr Wiązek.

Analizując te słowa na chłodno, w oderwaniu od rozpatrywania konkretnego przypadku, trudno się z nimi nie zgodzić. Jesteśmy cywilizowanymi ludźmi, nie będziemy żądać obcięcia ręki złodziejowi, nie będziemy się domagać sięgania do całego arsenału wymyślnych kar, jakie przed wiekami stosowano. Niektórzy z nas mogliby powiedzieć, że każdy ma prawo do błędu i do drugiej szansy. Poza tym, jak śpiewa młody alternatywny zespół Zbieg Okoliczności, „oko za oko uczyni ślepym świat”. Sądzimy tak jednak, dopóki sprawa bezpośrednio nas nie dotyczy.

Bo gdy sami jesteśmy pokrzywdzonymi albo wydarzy się głośne przestępstwo, górę zaczynają brać w nas emocje. Wówczas poparcie dla kary śmierci (które z reguły jest stałe) automatycznie idzie w górę. – Jeśli mamy do czynienia z taką sprawą jak Katarzyny W., w kieszeniach większości Polaków otwiera się nóż. Gdyby urządzić referendum, przywrócenie kary śmierci wygrałoby zdecydowaną większością głosów. Jeśli coś wywołuje silne emocje i w dodatku trafia pod osąd społeczny, uruchamia się mechanizm myślenia grupowego, który prowadzi do uskrajnienia sądów – tłumaczy Janusz Czapiński, psycholog społeczny, autor rokrocznie prowadzonych badań Diagnoza Społeczna. – Gdybyśmy rozważali tę sprawę w samotności, nasze sądy byłyby łagodne – dodaje. Największy gniew rodzin ofiar towarzyszy sprawom dotyczących wypadków komunikacyjnych. – Ludzie nie rozumieją, że wypadek jest bardzo często przestępstwem nieumyślnym. Czasem pragnienie zemsty jest olbrzymie. W oczach takiego bliskiego widać, że dla niego największym nieszczęściem nie jest już nawet tragedia, która go dotknęła, ile to, że sprawca nie może dostać kary śmierci – przyznaje sędzia Maciej Strączyński.

Jest to zrozumiałe, szczególnie w przypadku ciężkich przestępstw, takich jak zabójstwa, pobicia, gwałty. Wówczas oczekiwanie pokrzywdzonego, aby surowo ukarać sprawcę, jest wyrazem krzywdy, której on doznał. Jednak osobiste poczucie straty nie pozwala jej ocenić w sposób obiektywny, stąd żądanie, by złodzieja ukarać najwyższą możliwą karą. Za włamanie grozi co prawda od roku do 10 lat pozbawienia wolności, ale najwyższego wymiaru kary praktycznie się nie stosuje. Wyrok na złodziei, którzy zrabowali figurę św. Wojciecha z katedry w Gnieźnie, kiedy to sąd „dał tyle, ile ustawa przewiduje”, był wyjątkiem.

Wszystkie odcienie szarości

Społeczne postrzeganie sprawiedliwości jest uproszczone i przebiega według klarownych schematów: białe – czarne. – I takie wyobrażenie jest nawet dobre, bo pozwala łatwo odróżnić dobro od zła. Ale dla prawnika, który musi ocenić grę różnych interesów, sprawiedliwe jest to, co szare. Temida z jednej szali ujmie, na drugą doda – mówi prof. Ewa Łętowska, była rzecznik praw obywatelskich i sędzia Trybunału Konstytucyjnego. – Nie chcę przez to powiedzieć, że wszyscy prawnicy są doskonali w sztuce ważenia ani że wszystkim to świetnie wychodzi. Jeśli chcą jednak przyzwoicie wykonywać zawód i mieć coś do powiedzenia o sprawiedliwości, tak właśnie muszą robić – dodaje.

Jej zdaniem problemem są nie tyle różne wyobrażenia społeczeństwa i wymiaru sprawiedliwości na temat tego, co jest sprawiedliwe, ile nieumiejętność tłumaczenia, dlaczego zapadł taki, a nie inny wyrok. – Prawnik posiada znacznie doskonalsze narzędzia mierzenia sprawiedliwości, tylko że nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego ten odcień szarości, który wybrał, odpowiada położeniu szal w stanie równowagi. Innymi słowy polscy prawnicy nie umieją pisać i wyłożyć swoich racji. Uzasadnienia wyroków czy projektów aktów legislacyjnych są żałosne – przyznaje prof. Łętowska, która dodaje, że kluczem do sukcesu jest takie uzasadnienie wyroku, by każdy potrafił zrozumieć jego motywy. Bo anegdoty o tym, że po wyroku człowiek dopytuje sędziego lub pełnomocnika, czy on właściwie wygrał, czy przegrał, nie są zmyślone.

Inna sprawa, że zdaniem sędziego Strączyńskiego Polak w przeważającej liczbie przypadków nie stosuje filozofii Hammurabiego, tylko starej Pawlakowej z komedii „Sami swoi” Sylwestra Chęcińskiego. „Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie” – mówi w filmie rezolutna staruszka i wydaje się, że nadal wyraża tym samym pogląd wielu z nas. Krótko mówiąc, nasze miary sprawiedliwości w odniesieniu do siebie i w odniesieniu do innych nie zawsze są jednakowe. Sęk w tym, że wstydzimy się przyznać, że w każdym z nas trochę siedzi ten Kali, który ma wielkie poczucie krzywdy, gdy ktoś ukradnie mu krowę, choć kiedy on ukradnie – już niekoniecznie. Na zewnątrz nosimy gorset Stasia, który takie postawy piętnuje, choć tylko tak się wymądrza. – W szerszym pojęciu sprawiedliwości społecznej chodzi o to, by mnie nikt nie krzywdził. Mogę mieć pretensje do innych, że jeżdżą na gapę, i będę uważał to za niesprawiedliwe społecznie. Jednak do siebie pretensje będę miał rzadko, jeśli nie wykupię biletu i wsiądę do autobusu czy tramwaju – mówi prof. Janusz Czapiński.

Warto pamiętać, że przewrotna filozofia Pawlakowej nie jest jej wynalazkiem, lecz raczej wynikiem wielowiekowej tradycji. – Bo co robił szlachciura, gdy przyjeżdżał do niego woźny sądowy z pozwem – pyta sędzia Maciej Strączyński. – Przystawiał mu do gardła szablę i kazał pozew zeżreć. Po warcholskich czasach Rzeczypospolitej mieliśmy zabory, kiedy sąd, jako przedstawiciel obcej władzy, był wrogiem. Następnie było 20 lat II RP, też niezbyt święte, jeśli sobie przypomnimy np. procesy brzeskie, a wreszcie nastała komuna. Dla Anglika słowo sądu jest świętością, Polak od pokoleń nie jest uczony szacunku dla sądów – stwierdza. I podaje przykład, jak to na Wyspach Brytyjskich aresztowano Polaka na podstawie europejskiego nakazu aresztowania. Tamtejszy sąd zdecydował o jego przekazaniu i zwolnił. – I wszyscy się dziwili, że ścigany nie przyszedł na lotnisko, z którego miał być odesłany. Dopiero po jakimś czasie się nauczyli, że Polak nie jest osobnikiem, któremu jak coś sąd nakaże, on to zrobi – konkluduje Strączyński.

Marks nieaktualny

Zostawmy więc sądownictwo i społeczne odczucia o słuszności rozstrzygnięć, bo wszystko wskazuje na to, że zmienia się nasze wyobrażenie o tym, jak definiujemy sprawiedliwy podział dóbr. Niech nikogo nie zmylą ostatnie protesty związkowców, którzy wciąż pojmują sprawiedliwość w kategoriach marksistowskich: wszystkim po równo. – Takie egalitarystyczne pojmowanie sprawiedliwości coraz wyraźniej ustępuje miejsca podejściu, które wyraża zasada: każdemu według zasług – mówi dr Marcin Zarzecki, socjolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Choć jednocześnie przyznaje, że na poziomie deklaratywnym Polacy wciąż popierają Janosikowe wyobrażenia o sprawiedliwości. Na pytanie: „Czy należałoby zmusić bogatych do podzielenia się z biednymi?”, większość odpowiada twierdząco, ale gdy badacze pytają o działania do tego zmierzające, wówczas się okazuje, że jesteśmy im przeciwni. – Warto zwrócić uwagę, że nawet zgłoszony przez związkowców postulat ujawniania zarobków jest akceptowany dlatego, że takie rozwiązanie pozwoliłoby wykazać przypadki, w których ktoś zarabia więcej, mimo że robi to samo co inni. A nie dlatego, że wyższe zarobki innej osoby są niesprawiedliwe – dodaje socjolog.

Utożsamianie sprawiedliwości z równością jest mitem, jeśli nie wręcz manipulacją skierowaną do ludzi, którzy mają potrzebę rozliczenia krzywd i zawiedzionych nadziei związanych z transformacją. Z tym, że to nowe społeczeństwo, które po 1989 r. miało być wolne, sprawiedliwe i uczciwe, takim się nie okazało. Co prawda zamiast odpłacania pięknym za nadobne, jak to miało miejsce np. w Rumunii, mieliśmy bezkrwawe przejście od komunizmu do demokracji, jednak nie powstała żadna instytucja, np. w rodzaju południowoafrykańskiej Komisji Prawdy i Pojednania, która by ten gniew rozładowała. – Widok tych, którzy pełnili w tamtym systemie wysokie funkcje, jak dożywają starości w dostatku, a nawet niekiedy w luksusie, godzi w poczucie sprawiedliwości ludzi, którzy odczuli na swojej skórze wszystkie konsekwencje życia w realnym socjalizmie – mówi dr Zarzecki.

Jednak wskutek następującej zmiany pokoleniowej te resentymenty dotyczą coraz mniejszej grupy osób. Młodzi bardzo słabo albo wcale nie pamiętają życia w minionym systemie. Im te postawy są obce. – Żyjemy w społeczeństwie, w którym ludzie mają poczucie istniejących dysproporcji ekonomicznych. One są dla nich naturalne. Zakładamy, że ludzie nie rodzą się równymi, bo ich rodziny dysponują różnymi zasobami finansowymi, wyposażają ich w inny kapitał społeczny i kulturowy. Kiedy mówiłem o tym na zajęciach, jeszcze 10 lat temu zdarzali się studenci, którzy to kwestionowali. Teraz wszyscy się z tym zgadzają – przyznaje Marcin Zarzecki.

Choć można spierać się co do tego, w jaki sposób postrzegamy sprawiedliwość, bez wątpienia wszyscy w nią wierzymy. W to, że pomimo niewydolnego wymiaru sprawiedliwości czy polityków, których często uważamy za skorumpowanych i kłamliwych, jednak jest możliwa tu, na tym świecie, a nie jako nagroda obiecana za cnotliwe życie. – Istnieje coś takiego jak teoria sprawiedliwego świata. Gdybyśmy nie wierzyli, że generalnie rzecz biorąc, za dobre uczynki czeka nagroda, a za złe kara, nie mielibyśmy żadnej motywacji do tego, żeby rano wstać z łóżka. To bardzo pierwotne przekonanie, które nam wszystkim towarzyszy – mówi prof. Czapiński.

Polak w przeważającej liczbie przypadków nie stosuje filozofii Hammurabiego, tylko starej Pawlakowej z komedii „Sami swoi”. Wstydzimy się przyznać, że w każdym z nas trochę siedzi ten Kali, który ma wielkie poczucie krzywdy, gdy ktoś ukradnie mu krowę, choć kiedy on ukradnie – już niekoniecznie. Wolimy stroić się w ciasny gorset Stasia

Za tydzień Ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka, czyli ciułanie nie ma sensu