Brytyjczycy udadzą się dzisiaj do urn, aby wybrać nowy parlament. Plebiscyt zadecyduje o tym, jak dalej będzie wyglądał rozwód Wielkiej Brytanii z Unią Europejską. Jeśli wygrają konserwatyści, pod koniec stycznia Londyn najpewniej pożegna się ze Wspólnotą na tymczasowych zasadach, czyli bez szoku dla gospodarki. To jednak nie przegoni widma twardego brexitu, ponieważ strony będą musiały usiąść do stołu negocjacyjnego jeszcze raz, aby pochylić się nad docelową umową o wolnym handlu. Jeśli Johnsonowi nie uda się zdobyć dużej większości w Izbie Gmin, nie będzie mógł łatwo ignorować eurosceptyków w partii, którzy znów mogą zacząć się domagać wyrwania z unijnych objęć za wszelką cenę, nawet bez umowy. A rozmowy nad nią mogą trwać znacznie dłużej niż do zapowiadanego przez premiera końca 2020 r.

Jeśli rządzący konserwatyści z premierem Borisem Johnsonem na czele uzyskają komfortową większość w Izbie Gmin, brexit będzie można uznać za sprawę załatwioną. Jeśli jednak przewaga torysów będzie nieduża lub nie będą w stanie samodzielnie rządzić, politykę nad Tamizą czekają kolejne miesiące rozwodowego chaosu.

Jeśli wierzyć sondażom, bardziej prawdopodobny jest ten drugi wariant. O ile przez większość pięciotygodniowej kampanii badania sprzyjały Johnsonowi, o tyle w ciągu ostatnich kilku dni trend zaczął się odwracać. Najnowszy sondaż YouGov daje konserwatystom 43 proc. poparcia i 339 miejsc w Izbie Gmin. I chociaż oznacza to większość, to jednak nie aż tak komfortową, jak liczył na to Johnson, decydując się na rozpisanie wcześniejszych wyborów.

„Get brexit done”

W tym sensie sytuacja przypomina 2017 r. Kiedy ówczesna premier Theresa May rozpoczynała kampanię, wydawało się, że torysi idą po totalne zwycięstwo. Skończyło się na utracie większości w Izbie Gmin i konieczności szukania partnera, który zapewni kilka niezbędnych głosów. To znacząco ograniczyło pole manewru byłej szefowej rządu – zwłaszcza w przypadku rozwodu z Unią – a w końcu doprowadziło do jej upadku.

Do klęski przyczyniły się gromy, jakie spadły na torysów z powodu niektórych zapisów w programie wyborczym, w tym tzw. podatku od demencji, czyli propozycji, zgodnie z którą zamożniejsi emeryci mieliby ponieść część kosztów opieki w domu. Konserwatyści wyciągnęli wnioski z blamażu i postanowili w tym roku prowadzić kampanię w taki sposób, aby uniknąć jakichkolwiek kontrowersji.

Z tego względu program partii był jałowy i zbudowany na zasadzie „dla każdego coś miłego”. Dzięki temu torysi mogli skupić się na najważniejszym haśle, jakim było „brexit – zróbmy to wreszcie” („get brexit done”). Trzywyrazowy slogan był wszędzie – na autobusie, którym premier jeździł po kraju; na mównicach, z których przemawiał; nawet na spychaczu, którym Johnson symbolicznie rozwalił ścianę z napisem „impas”.

– Strategia jest prosta. Trzymać Johnsona z dala od trudnych debat, z dala od ludzi, trzymać się przekazu, starać się pokazywać go jak męża stanu – podsumowywał w rozmowie z „Financial Times” plan gry torysów jeden z partyjnych działaczy. Dziennik odnotował, że udział w realizacji strategii miała również Carrie Symonds, partnerka premiera, dzięki której zaczął nosić lepiej dobrane garnitury i koszule, uporządkował fryzurę i zainwestował w droższe krawaty.

Lord Wiadro na Głowie wzywa

Taktyka „zero kontrowersji” oznaczała również brak wywiadów, w których Johnson wystawiłby się na strzał. Z tego względu premier nie pojawił się w programie u Andrew Neila, być może pomny wstydu, jakiego najadł się podczas ostatniej wizyty u legendarnego dziennikarza BBC w lipcu, kiedy ubiegał się o fotel szefa partii konserwatywnej. Neil obnażył wtedy u polityka kompletną nieznajomość Układu Ogólnego w sprawie Taryf Celnych i Handlu (GATT), na który Johnson wielokrotnie się powoływał, mówiąc, że na wypadek twardego brexitu pozwoli on Wielkiej Brytanii dalej swobodnie handlować z UE.

Zapytany o niechęć stanięcia oko w oko z dziennikarzem, Johnson odparł z właściwą sobie swadą, że nie był w stanie podczas kampanii porozmawiać z każdym. – Wiecie, że na debatę wyzywa mnie też gość znany jako Lord Wiadro na Głowie. Dla niego również nie mam czasu – powiedział premier, nawiązując do satyrycznej postaci z brytyjskiej polityki, która od dawna staje w wyborcze szranki z szefami rządów w ich macierzystych okręgach wyborczych.

Czasem taktyka unikania niewygodnych wywiadów nie szła tak dobrze. Chociażby wczoraj, kiedy ekipie programu „Good Morning, Britain” udało się złapać Johnsona wczesnym rankiem podczas wizyty w mleczarni w środkowej Anglii. Kiedy zapytali, czy premier nie zechciałby udzielić od razu szybkiego wywiadu na żywo, dało się słyszeć, jak sekretarz prasowy Rob Oxley wzdycha „no do k… nędzy”.

Twardy brexit

Taktyka skupienia się na jednym brexitowym haśle opłaciła się, bo torysi zredukowali poparcie dla konkurencyjnej Partii Brexitu praktycznie do zera. Zagrożenie z prawej flanki zostało zażegnane w momencie, kiedy jej lider Nigel Farage zadeklarował, że nie wystawi ludzi w okręgach, w których istnieje wysokie prawdopodobieństwo wygranej torysów, aby nie rozdrabniać głosów probrexitowych.

W ciągu ostatnich kilku dni coś się jednak zacięło i utrzymanie brexitowego przekazu stało się trudniejsze. Johnson zaliczył wpadkę w Liverpoolu, gdzie nie chciał spojrzeć na zdjęcie czteroletniego chłopca z podejrzeniem zapalenia płuc, leżącego na podłodze lokalnego szpitala z powodu braku miejsc. Zdjęcie dziecka podetknął premierowi dziennikarz stacji ITV, a Johnson odruchowo zabrał aparat i schował go do kieszeni. Wywołało to wrażenie, że torysów nie interesują pacjenci państwowej służby zdrowia, w której kolejne konserwatywne rządy dokonywały zresztą cięć w dekadzie po kryzysie finansowym.

To wszystko oznacza, że Johnson jutro może się obudzić ze znacznie mniejszą większością, niż się spodziewał. Ograniczy mu to pole manewru, ponieważ będzie musiał się liczyć z silną grupą eurosceptyków wewnątrz własnej partii. Gdyby konserwatyści zdobyli w tych wyborach przewagę 50–60 mandatów, premier miałby łatwiej, siadając do negocjacji z Unią nad porozumieniem o wolnym handlu.

Jeśli Wielka Brytania wyjdzie z UE z końcem stycznia, co w przypadku zwycięstwa torysów jest więcej niż pewne, zrobi to na zasadach określonych w porozumieniu wyjściowym, które Johnson uzgodnił z pozostałymi liderami Wspólnoty na niedawnym szczycie Rady Europejskiej (wygrana torysów oznacza również, że nie będzie problemu z przyjęciem umowy przez Izbę Gmin, co dotychczas okazywało się niewykonalne).

Porozumienie przewiduje jednak, że tymczasowe reguły gry między Londynem a Brukselą obowiązują do końca 2020 r. z opcją na przedłużenie. Silna frakcja eurosceptyczna mogłaby zmusić premiera, żeby tego nie robił bez względu na to, czy strony dogadają się do tego momentu w sprawie docelowej umowy regulującej warunki wzajemnej wymiany handlowej. Wówczas, pod koniec przyszłego roku, Europie znów zajrzałby w oczy twardy brexit.