Antyrządowe protesty w Pradze

W czeskiej stolicy nie jest spokojnie. W mijającym tygodniu praski Park Letná zgromadził ok. 300 tys. osób. Protestujący domagają się dymisji obecnego premiera Andreja Babiša oraz minister sprawiedliwości Marii Benešovej. Antyrządowe protesty w Pradze to wyraz zmęczenia korupcją w kraju.

Premierowi zarzuca się m.in. nadużycie władzy, wyłudzanie unijnych pieniędzy, polityczne manipulacje oraz oszustwa dotyczące kontroli nad czeskimi spółkami. Ponadto na Babišu ciąży zarzut o defraudację publicznych pieniędzy.

Demonstranci również domagają się, aby premier sprzedał koncern Agrofert, którego jest właścicielem. Agrofert to największy podmiot gospodarczy w czeskim sektorze rolnym oraz przemyśle spożywczym.

Andrej Babiš jest liderem partii ANO, a od 2017 roku - premierem Czech. Babiš jest drugą najbogatszą osobą w kraju. Jego majątek wynosi ok. 2 mln dol. Program partii ANO, jak to ujmują jej posłowie, to walka z korupcją oraz uzdrowienie systemu politycznego.

Ostatnie sondaże wskazują, że mimo protestów i demonstracji poparcie dla Andreja Babiša i jego partii nie maleje.

Sześć lat od Euromajdanu

Ukraina obchodziła 6. rocznicę protestów na Majdanie. W Kijowie ponad 2 tys. osób wzięło udział w wiecu pod hasłem „Mamy godność”.

W 2013 roku w ukraińskiej stolicy rozpoczęła się rewolucja, która doprowadziła do upadku rządu prorosyjskiego prezydenta Wiktora Janukowycza oraz do obrania przez Ukrainę kierunku prozachodniego.

Podczas wiecu prezydent Wołodymyr Zełenski mówił o konieczności zakończenia śledztwa dotyczącego rozstrzeliwania ludzi na Majdanie w lutym 2014 roku oraz ukaraniu winnych.

15 lat temu dokładnie w tym samym czasie w Kijowie wybuchła Pomarańczowa rewolucja. W wyniku protestów ówczesny kandydat na prezydenta Wiktor Janukowycz został pokonany przez prozachodniego rywala Wiktora Juszczenkę, który stanął na czele państwa.

Koniec Gruzińskiego Marzenia?

W Tbilisi też nie jest spokojnie. Od tygodnia trwają antyrządowe protesty. W tym roku jest to już druga fala radykalnych demonstracji w Gruzji. Pierwsza taka obywała się w czerwcu.

Gruzini domagają się dymisji rządu oraz zmiany ordynacji wyborczej. Wcześniej rząd odrzucił konstytucyjne poprawki, które zakładały przejście z mieszanego systemu wyborczego na proporcjonalny.

Opozycja uważa, że zmiany w ordynacji wyborczej są konieczne, bowiem obecny system faworyzuje partię rządzącą, którą jest Gruzińskie Marzenie i zwiększa jej szansę w wyborach parlamentarnych.

Jak podkreśla dr Bartłomiej Krzysztan z Instytut Studiów Politycznych PAN, za decyzją o wycofaniu poparcia dla zmian stoi Bidzina Iwaniszwili, szef partii Gruzińskie Marzenie. Jest to miliarder i szara eminencja gruzińskiej polityki.

- Protesty w Tbilisi są kolejnym elementem pogłębiającego się w kaukaskiej republice kryzysu politycznego. Od czasu wygranych wyborów prezydenckich rządzące Gruzińskie Marzenie traci grunt. Jest to efekt protestów przeciw pogarszającej się sytuacji gospodarczej oraz oligarchizacji sceny politycznej. Z pewnością nie jest to koniec demonstracji. Na 25 listopada opozycja zapowiedziała masowe protesty i kolejną blokadę parlamentu. Będą domagać się przedterminowych wyborów w ramach systemu proporcjonalnego.

Ostatnie badania wskazują, że ponad 80 proc. Gruzinów popiera zmianę ordynacji wyborczej. Jej wprowadzenie było główną obietnicą rządu podczas czerwcowych protestów w Tbilisi.