statystyki

Lewestam: Polska szkoła zmartwychwstania [OPINIA]

autor: Karolina Lewestam01.04.2017, 19:30
Karolina Lewestam

Karolina Lewestamźródło: Materiały Prasowe
autor zdjęcia: materialy prasowe

Siła Ameryki to jej Księga Wyjścia” – napisał kilka dni temu David Brooks, nadworny konserwatysta „The New York Times”, którego czasem podziwiam, a czasem chcę unicestwić, dźgając go tępym nożem.

Tym razem melancholijną opowieść Brooksa o duszy Ameryki czytałam bez uzbrojenia, bo prawdą jest, że to Exodus jest od zawsze najsilniejszą metaforą organizującą amerykańskie doświadczenie. Purytanie, którzy przybyli na nowy kontynent, tak naprawdę uciekali z narażeniem życia ze swojego Egiptu, by w trudzie i znoju budować nowe Jeruzalem. A ponieważ Exodus jest metaforą niezwykle pojemną, kolejne fale emigracji też mogły widzieć swoją tułaczkę właśnie jako podróż do Ziemi Obiecanej; ba, nawet doświadczeni niewolnictwem Czarni, jak choćby cytowany przez Brooksa Frederick Douglass, mogli interpretować niewolniczą pracę swej rasy jako swoisty etap w drodze do przyszłego raju – Exodus musi być przecież podróżą przez najciemniejsze zakamarki cierpienia. A moc tego mitu polega na tym, że w swoim narracyjnym rozmachu pozwalał przetrwać najgorsze trudy tak purytanom, jak kolejnym przyjezdnym i emancypującym się niewolnikom: niestraszny ludziom żaden ciężar, jeśli wiedzą, w jakim grają kosmicznym dramacie. Niestraszna podróż, jeśli jest Obietnica.

Ale, pisze Brooks, mit się popsuł i nie działa. Trudno się z nim nie zgodzić – a winnych można znaleźć wszędzie. Spójrzcie tylko: najpierw lewica amerykańska, w zasadzie słusznie, przepisała Szlachetne Wyjście jako Krwawe Przyjście, zbrodnię białoskórych na rdzennej ludności czyniąc oficjalnym grzechem założycielskim Ameryki – a potem wyśmiała Obietnicę, bo komu to niby ta Ziemia jest Obiecana, jeśli jeden kończy w pałacu, a drugi w slumsie? A zaraz potem prawica, ośmielona słabością mitu, który miał moc zachęcania milionów, ogłosiła koniec Wyjścia i początek Oblężenia: raj jest w ruinie, czas budować mury. I tak po rozmontowaniu metafory Exodusu oczom świata ukazał się naród wciąż potężny, lecz nagle żałośnie rozproszony. Powstały z przypadku, idący donikąd; na zmianę targany wyrzutami sumienia i reakcyjnym lękiem; naród, który nie tyle błądzi na krętej drodze do celu, ile plącze się po pustkowiach historii jak pijany Odys bez Itaki.

Brooks zastanawiał się, czy da się wskrzesić w jakiejś bardziej świadomej moralnie postaci opowieść Wyjścia, by na nowo spięła ze sobą wielość amerykańskich doświadczeń, nadała im kierunek i sens. A my? – zadumałam się w chwili tęsknej patriotycznej słabości, której doświadczam rzadko, acz dogłębnie. Przecież i my czujemy się rozproszeni i rozbłądzeni; czy i my nie powinniśmy próbować wskrzesić naszej głębokiej opowieści? Tylko co tutaj wskrzeszać? Co tak naprawdę jest polskim Exodusem?

Opowiadamy o sobie bez wytchnienia; mówimy na przykład, że jesteśmy słowiańscy i chrześcijańscy; bohaterscy i niezłomni; odważni i romantyczni – ale to tylko nasze opisy osób dramatu, nie sam ów dramat. Bo „kosmiczny dramat”, centralna metafora struktury narodowego losu, musi być historią w kilku co najmniej aktach, eschatologicznym scenariuszem, który połączy rozproszony naród we wspólnej podróży ku przeznaczeniu. Exodus to historia opresji, wyjścia, tułaczki i błędów podróży, która zakończy się spełnieniem Obietnicy. A my mamy Zmartwychwstanie: historię niewinności, niesprawiedliwego cierpienia, śmierci i odrodzenia.

To jest ta nasza głęboka opowieść, nasza metafora organizująca. Bywała pożyteczna – uświęcając cierpienie, pozwalała przetrwać najcięższe chwile historii w poczuciu moralnej słuszności. Bywała zabójcza: gdy śmierć jest koniecznym etapem podróży, łatwiej się porwać na beznadziejny powstańczy zryw; niezłomna, niewinna straceńczość jest wszak imperatywem takiej opowieści. Tak czy siak, od dawna zapewnia nam pryzmat narracyjno-emocjonalny, przez jaki przyglądamy się naszym polskim przypadkom. I nie tylko ci tę opowieść wyznają, którzy głośno krzyczą za Mickiewiczem, że „Polska Chrystusem narodów” – byliśmy w jej władzy za każdym razem, gdy za PRL-u czekaliśmy zmartwychwstania, gdy choćby podświadomie drażniły nas odbierające narracyjnie konieczną niewinność tezy Jana Grossa, za każdym razem, gdy ktokolwiek sugerował tu czy ówdzie, że lepsza była kolaboracja niż śmierć.


Pozostało jeszcze 59% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (5)

  • Bert(2017-04-01 23:53) Zgłoś naruszenie 92

    Osobiście, wolę miałczenie kotów w marcu od paplaniny tej pani...

    Odpowiedz
  • Pan Murzyński - Filipiński(2017-04-01 23:46) Zgłoś naruszenie 30

    Jako wspólnota narodowa nie potrzebujemy mitu założycielskiego jakiegoś Exodusu (w polskiej wersji byłby to raczej Eksodus z powodu braku w naszym alfabecie "x" ). Mamy za to prawdziwą, nie mityczną historię trwania. Pełnego wydarzeń chwalebnych, jak i nagannych, zwycięstw i klęsk. Coś co łączy ludzi współczesnych z ich przodkami z minionych wieków i pomaga udzielić odpowiedzi na wiele trudnych pytań, dając jednocześnie odpór manipulacjom i przeinaczeniom. Coś co inżynierowie umysłów i różnego rodzaju twórcy nowego człowieka nazywają nacjonalizmem i faszyzmem.

    Pokaż odpowiedzi (2)Odpowiedz
  • Wirtualnie i holograficznie(2017-04-01 23:15) Zgłoś naruszenie 10

    Świat ludzki jest banalnie prosty. Powstał -istnieje - przestanie istnieć tu na Ziemi. Reset. Dorabianie tez o Polsce, nawet wyszukanych, ma taki sam sens jak teza coraz więcej naukowców, iż żyjemy w świecie wirtualnym i stworzonym przez istoty wyższe, istniejemy w tzw, świecie holograficznym, gdzie bieg zdarzeń (rzeczywistość) zachodzi wtedy gdy jest przez nas tworzona- widzimy nie real a holografię wtedy gdy trfamy iluzorycznie realnie , a to znaczy mniej więcej tyle ,że my w wyższej rzeczywistości realnej twórcy nie istniejemy, a skoro tak, to możemy tylko tworzyć własną rzeczywistość wirtualną na niższym poziomie istnienia, a później holograficzną, ale nie życie i na tym koniec. Prawdziwego życia nigdy nie stworzymy, Tworzymy fikcję w jakiej egzystujemy, bo życie to nie nasza domena, my je nie tworzymy , my je odtwarzamy , więc "Polska szkoła zmartwychwstania" nie istnieje gdy jej sobie holograficznie i wirtualnie nie stworzymy.. Jeżeli ktoś tego art. nie przeczyta i się o nim nie dowie ,to ten art. dla niego nie zaistniał.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie