PiS bierze wszystko bez białych rękawiczek, w ruch poszła brutalna miotła. Ten styl towarzyszy Kaczyńskiemu przez całe polityczne życie – to samo proponował także w czasie transformacji. Wypominano mu wówczas, że chce pozbyć się ludzi aż do poziomu brygadzisty w fabryce. Nie bez zasady – w jego optyce państwo otoczone było szkodliwym dla społeczeństwa układem, z którym nie sposób było zerwać inaczej, niż wymieniając wszystkich ludzi. „Trzeba było rozwalić starą strukturę. Bo, powiedz, co zbudujesz na całkowicie chorej?” – tłumaczył w wywiadzie Teresie Torańskiej. Krytykował przy tym Tadeusza Mazowieckiego, który na taką optykę się nie zgadzał.

W tym, co dzisiaj robi Kaczyński, widać dokładnie ten sam schemat myślenia: przekonanie o tym, że wzbogacona w czasie upadku komuny elita ma pieniądze, które korumpują polityków stających się częścią tego układu. Wskutek tego elita oddala się od społeczeństwa, realizując swoje, a nie jego interesy. Trzeba więc elitę rozgonić. I Kaczyński, rękami swoich ministrów, starą strukturę właśnie rozpędza. A sytuacja jest wymarzona – posiadając Sejm, Senat i prezydenta, PiS nie musi liczyć się z nikim i niczym.

Ten sam Jarosław Kaczyński kilka lat po rozmowie z Torańską udzielił innego wywiadu, tym razem „Gazecie Wyborczej”. Krytykował w nim jedną z frakcji AWS, którą nazwał „Teraz k...a my”. Przypisał jej politykom mentalność zdobywcy, zachłanność w obsadzaniu stanowisk, która objawiała się dobieraniem pracowników z klucza podziału na „my” i „oni”, a nie merytorycznym. Tym tłumaczył, że nie startował z list AWS do Sejmu, mimo że współtworzył tę partię.

Choć w retoryce PiS wymiatanie starego układu i „TKM” to dwa różne działania, granica może okazać się zbyt akademicka w konfrontacji z rzeczywistością. Jaką bowiem gwarancję Kaczyński może wystawić społeczeństwu, że nowi brygadziści nie okażą się tacy sami jak poprzedni? Trudno uwierzyć, że będzie inaczej, skoro – jak pisze „Newsweek” – już po czterech miesiącach na stanowiskach zasiadają synowie posłów i małżonki zasłużonych działaczy. Rodzi się więc pytanie: w czym tkwi różnica?

Na to pytanie nakłada się kolejne: dokąd zmierzają działania Prawa i Sprawiedliwości? Dzisiaj partia ma kłopot z realizacją swoich kluczowych obietnic wyborczych. Na razie udało się domknąć dwie – sześciolatki w przedszkolach i program 500+. Z pozostałych PiS miękko się wycofuje. „Puls Biznesu” opisał np., że na 2021 r. przesunięte zostało zwiększenie kwoty wolnej od podatku. Choć politycy partii lubią mówić o tym, że jasny kurs wytycza jej program, powoli zaczyna się dryfowanie. Kierunek rozliczą wyborcy.

Jak? Być może pokazała już historia. PiS już raz miał okazję hurtowo wymieniać ludzi na stanowiskach. W latach 2005–2007 odbywał się dokładnie ten sam co dziś proces – polecieli prezesi, urzędnicy, kuratorzy. Wówczas jednak społeczeństwo Kaczyńskiemu podziękowało – skutkiem tych działań był sukces wyborczy Platformy Obywatelskiej. Wtedy można było tłumaczyć się działaniami niefortunnych koalicjantów, Andrzeja Leppera i Romana Giertycha. Dzisiaj tak łatwo nie ma – skoro PiS rządzi jednopartyjnie, to i jednopartyjnie poniesie konsekwencje. Jedno jest pewne – nie ma co liczyć, że następna ekipa nie uzna logiki „TKM” za normę. A Kaczyński, nawet jeśli przyświeca mu słuszna idea, do końca zdemoluje naszą scenę polityczną. Szkoda, bo być może była to ostatnia szansa na dobrą zmianę w tym względzie.