Wystarczyło dziewięć godzin rozmów w Dżuddzie, by w odbiorze części mediów Donald Trump z agenta Rosji znów zamienił się w szachistę 5D, który w sprytny sposób rozegrał Kreml.
Pierwsza teza była przesadzona, choć prorosyjski zwrot Trumpa był i pozostaje rzeczywistością, a rozbijanie jedności Sojuszu Północnoatlantyckiego i wspieranie prorosyjskich partii w Europie przez jego otoczenie pozostaje zagrożeniem dla Polski. Druga, czyli uznanie, że przymuszenie Ukrainy do warunkowej zgody na rozejm to nokaut zadany Władimirowi Putinowi, jest równie dużą przesadą, choć piłka znalazła się po stronie Kremla, a rosyjska niezgoda na wstrzymanie ognia pozwoli zakrzyknąć: „a korol-to gołyj”, „król jest nagi”.
Pytanie, co z tego. Na razie w wyniku burzliwych, całodniowych rokowań amerykańsko-ukraińskich udało się bohatersko zlikwidować problem, który stworzyła sama administracja Trumpa (z pewną pomocą Wołodymyra Zełenskiego). Jak w szmoncesie o facecie, który idzie do rabina z problemem mieszkaniowym, a ten każe mu sprowadzić do domu jeszcze i kozę. Gdy po tygodniu facet wraca, rabin radzi mu, by kozę z mieszkania usunął. Gdy tak się dzieje, okazuje się, że mieszkanie wcale nie jest takie małe. Otóż koza została właśnie wyprowadzona. Z komunikatu z Dżuddy wynika, że Ukraina zgodziła się wstrzymać ogień, o ile zgodzi się na to Rosja. To osiągnięcie ukraińskiej dyplomacji, bo pozwoli czarno na białym pokazać, kto jest w tym konflikcie agresorem, gdy Kreml ofertę odrzuci albo zacznie przy niej kombinować. Czyli pokaże coś, co za kadencji Joego Bidena żadnych wątpliwości na Zachodzie nie budziło.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.