Publicznie Netanjahu odcina się od idei budowy państwa palestyńskiego. Zakulisowo liczy na nawiązanie stosunków z Arabią Saudyjską i może dać się przekonać do ustępstw

Według Antony’ego Blinkena, sekretarza stanu USA, Tel Awiw nie przedstawił wiarygodnego planu ochrony ludności cywilnej w Rafah ani strategii na powojenną przyszłość enklawy. W wywiadzie dla amerykańskiego nadawcy NBC Blinken powiedział, że bez planu dla Strefy Gazy Izrael będzie musiał albo pozostać w Strefie na czas nieokreślony i stawić czoła „trwałej rebelii” ze strony tysięcy bojowników Hamasu, albo wycofać się – „tak jak uważamy, że powinni to zrobić” – i obserwować „próżnię, która prawdopodobnie zostanie wypełniona przez chaos, anarchię i ostatecznie ponownie przez Hamas”.

Premier Binjamin Netanjahu przekonuje, że Siły Obronne Izraela (IDF) muszą utrzymać „odpowiedzialność za bezpieczeństwo” w Strefie Gazy. – Musimy zapobiec remilitaryzacji enklawy – stwierdził w opublikowanym w tym tygodniu podcaście „Call Me Back”. Podkreślił przy tym, że po wycofaniu „z Libanu, Strefy Gazy oraz kilku miast w Judei i Samarii [izraelskie określenie na Zachodni Brzeg – red.] radykałowie natychmiast przejęli tam władzę”.

Obawiając się upadku swojego rządu i utraty poparcia przed kolejnymi wyborami, Netanjahu stara się też głośno wyrażać swój sprzeciw wobec budowy państwa palestyńskiego. To Izrael ma kontrolować Strefę Gazy i Zachodni Brzeg. Skrajnie prawicowi członkowie jego koalicji – ministrowie Itamar Ben-Gewir i Becalel Smotricz – również stawiają weto palestyńskiej suwerenności i chcą przywrócić izraelskie osiedla w palestyńskiej enklawie. Grożą przy tym upadkiem rządu.

Mimo to dyskusje z udziałem Amerykanów nabierają tempa. Państwa arabskie, które pierwotnie były sceptyczne wobec współpracy z Izraelem przy powojennym zarządzaniu enklawą, są w coraz większym stopniu zainteresowane inicjatywą. Chcą w ten sposób zademonstrować zaangażowanie w proces pokojowy i pomoc Palestyńczykom. – Nie wiemy jeszcze, które państwo się tego podejmie – mówił DGP w ubiegłym tygodniu były szef Mosadu Dani Jatom.

Informacje te potwierdził Ami’ad Kohen, bliski doradca premiera Netanjahu i szef organizacji Tikvah Fund, oskarżanej o finansowanie działań Kohelet Forum, skąd wyszedł projekt reformy sądownictwa, która doprowadziła do potężnych protestów Izraelczyków w ubiegłym roku. – Palestyńczycy przez następne pięć lat mają żyć w namiotach pod kontrolą wojska. Może być to armia amerykańska, saudyjska, jakakolwiek – powiedział. W grę wchodzi także utworzenie „wielonarodowych sił pokojowych”, w które miałyby się zaangażować – oprócz Stanów Zjednoczonych – Egipt, Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Za kulisami rząd Netanjahu reaguje bardziej spokojnie na pomysł wkroczenia innych państw do Strefy Gazy. Państwa arabskie oczekują, że w zamian za ich zaangażowanie stworzona zostanie „mapa drogowa”, która umożliwi powstanie w przyszłości suwerennej Palestyny. „Bibi” chce iść na pewne ustępstwa, by w zamian doprowadzić do zawarcia oficjalnych stosunków z Arabią Saudyjską.

Obie strony prowadziły w ubiegłym roku intensywne negocjacje w tej sprawie, zostały one jednak przerwane po ataku Hamasu z 7 października.

Jak słyszymy, szef izraelskiego rządu jest gotów „rozmawiać o potencjalnej suwerenności Palestyny”, jeśli dzięki temu będzie mógł ogłosić największy sukces zapoczątkowanych przez administrację Donalda Trumpa porozumień abrahamowych. Dotychczas zaowocowały one nawiązaniem stosunków Izraela z Marokiem, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, Bahrajnem i Sudanem. Porozumienie pokojowe z Arabią Saudyjską postrzegane jest w Izraelu jako wisienka na torcie.

Izraelczycy chcą jednak zachować prawo do długoterminowej kontroli bezpieczeństwa w Strefie Gazy. – Po pewnym czasie cywilną kontrolę będą mogły przejąć od wybranego arabskiego mocarstwa wyszkolone siły palestyńskie. Izrael nalega jednak, aby bezpieczeństwo i kwestie militarne w Strefie Gazy dalej podlegały IDF. Jeśli np. okaże się, że w Gazie działa komórka terrorystów, która zamierza przeprowadzić atak terrorystyczny, siły izraelskie muszą mieć możliwość wkroczenia do enklawy, aby ją zniszczyć – przekonywał w rozmowie z DGP Dani Jatom.

We współpracy z Waszyngtonem sojusz arabsko-izraelski miałby m.in. przebudować system edukacji w Gazie, zaś po upływie ok. 10 lat od reform Palestyńczycy w enklawie mieliby zagłosować w sprawie włączenia ich do zjednoczonej palestyńskiej administracji, która rządziłaby zarówno w Strefie Gazy, jak i na okupowanym przez Izrael Zachodnim Brzegu.

W taki scenariusz nie wierzą jednak Palestyńczycy, którzy spodziewają się reokupacji enklawy przez Izrael. – Podzielili już przecież Strefę Gazy na dwie części. Na północy powstaną kolejne żydowskie osiedla, a Izraelczycy przejmą kontrolę nad znajdującymi się tam złożami gazu – mówi nam Zughbi az-Zughbi z The Palestinian Conflict Transformation Center w Betlejem.

Podobnego zdania jest zajmująca się prawami człowieka izraelska organizacja B’Celem. – My w rzeczywistości funkcjonujemy w systemie jednopaństwowym, a sytuacja zmierza w kierunku dalszej okupacji Gazy. Otwarcie mówią o tym instytucje stojące za osadnikami, które chcą kontynuować wojnę w nieskończoność, aby ponownie zasiedlić Gazę – opowiada DGP Sarit Micha’eli z B’Celem. Jej zdaniem jedynym rozwiązaniem jest zaostrzenie sankcji wobec izraelskich osadników przez Zachód. W ostatnich miesiącach symboliczne ograniczenia nałożyły m.in. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Unia Europejska. ©℗