Gdy półtora roku temu Rosja zaatakowała Ukrainę, w wielu stolicach Zachodu dało się usłyszeć wielki huk. Był to odgłos łusek spadających z oczu wielu ekonomicznych komentatorów oraz politycznych decydentów.
Nagle zobaczyli coś, czego nie widzieli przez kilka dekad – że w pogoni za taniością Zachód uzależnił się od importu wielu strategicznych surowców, towarów i usług z krajów geostrategicznie niepewnych, a często wręcz otwarcie życzących Zachodowi upadku.
Rzecz jasna byli tacy, co z radością zakrzyknęli: „A nie mówiliśmy”. Krytyka globalizacji najpierw była domeną przeróżnych ruchów lewicowych – te udało się jednak szybko pozamykać w złotych klatach postępowych ośrodków akademickich. I stopniowo przekierować ich zainteresowanie na inne problemy – od globalnego ocieplenia po systemowy rasizm. Potem antyglobalizacyjną pałeczkę przejęli populiści, z braku lepszego określenia nazywani „prawicowymi”. Oni byli przeciwnikiem groźniejszym. Zwłaszcza z powodu dalece większych politycznej sprawności i zdolności do budowania realnej wyborczej alternatywy dla dominującego liberalnego mainstreamu. Populiści (choćby Donald Trump) odnieśli sukcesy na polu wskazywania zagrożeń związanych z szalonym kapitalizmem przełomu XX w. i XXI w. Po 2016 r. Trump zaczął nawet protekcjonistyczny zwrot w polityce gospodarczej USA. Oczywiście ci, którym się to nie podobało, skrzętnie wykorzystali inne elementy trumpizmu, by ideę deglobalizacji wykpić.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.