Politycy mają potrzebę, by jak najszybciej nadać zabójstwu Nahela konkretne znaczenie - mówi Paweł Zerka, analityk w European Council on Foreign Relations.

Skala przemocy, która nastąpiła po zabójstwie nastoletniego Nahela M., była dla rządzących zaskoczeniem. Jak te wydarzenia mogą wpłynąć na pozycję prezydenta Emmanuela Macrona?
Paweł Zerka analityk w European Council on Foreign Relations / Materiały prasowe / fot. Materiały prasowe

On stara się być ostrożny, ale stanowczy. Pokazuje, że panuje nad sytuacją. Unika jednocześnie różnych pułapek, w które mógłby wpaść, gdyby zbyt mocno potępił uczestników protestów i zamieszek albo nie dostrzegł, że pewien stopień frustracji społeczeństwa jest uzasadniony. Wciąż mamy jednak zbyt wiele znaków zapytania. Sama sprawa śmierci Nahela jest nadal wyjaśniana. Mimo to w przestrzeni publicznej pojawiło się już mnóstwo interpretacji. Dla niektórych ten przypadek uwypukla problem nadmiernej przemocy policji i przywołuje wspomnienia z protestów „żółtych kamizelek” czy tych związanych z reformą emerytalną. Inni dostrzegli kwestię dyskryminacji na tle rasowym panującej we francuskim społeczeństwie, wskazując, że gdyby kierowca nie miał korzeni imigranckich, to może by nie zginął. Prasa zagraniczna wskazuje na porażkę francuskiej polityki integracji. We wszystkich tych teoriach jest ziarno prawdy, ale jest stanowczo za wcześnie, żebyśmy mogli uznać, że któraś z nich najtrafniej tłumaczy, dlaczego Nahel zginął i czemu doprowadziło to do wybuchu niepokojów. W każdym razie w tej chwili można odnieść wrażenie, że zamieszki wygasają. Ja też nie spodziewam się, by trwały długo. Ale to nie znaczy, że źródło niepokoju zniknie. Francuzi liczą się jednak z tym, że może to być chwilowy zastój, bo za niecałe dwa tygodnie będą obchodzić święto Bastylii. W Paryżu jest planowana duża parada wojskowa. Nie ulega wątpliwości, że policja i rządzący byli zaskoczeni dotychczasowym przebiegiem protestów. W tym sensie, że dużą rolę odegrali w nich bardzo młodzi uczestnicy. Niektórzy mieli nawet 12–13 lat. Organizowali się za pośrednictwem Snapchata, sieci społecznościowej, którą policja nie do końca rozumie. Nietypowe było też to, że do zamieszek – plądrowania sklepów czy podpalania budynków – dochodziło nie tylko na przedmieściach Paryża czy w dużych miastach, jak Marsylia. Na ulice wychodzili też mieszkańcy mniejszych miejscowości. Niektórzy socjologowie pokusili się o interpretację, że młodzi ludzie z rodzin imigranckich – niekoniecznie biali i żyjący w podmiejskich gettach – buntują się, bo czują się wykluczeni. Atakują sklepy, bo są wykluczeni z konsupcji, i szkoły, bo czują się przegranymi systemu edukacji. Można oczywiście już teraz górnolotnie analizować te wydarzenia. Moim zdaniem trzeba najpierw wyjaśnić samo zabójstwo, które było iskrą zapalną, a także dokładnie zrozumieć, dlaczego protestują akurat bardzo młodzi ludzie, a niekoniecznie pokolenie 30–40-latków, oraz jaką rolę w tym wszystkim odgrywają sieci społecznościowe.

Jak w tej sytuacji odnajdują się pozostałe ugrupowania na francuskiej scenie politycznej?

Politycy mają potrzebę, by jak najszybciej nadać zabójstwu Nahela konkretne znaczenie. Ta sytuacja zapewnia paliwo do budowania własnej narracji wszystkim stronom. Z jednej strony mamy Jean-Luca Mélenchona, kluczową postać na lewicy, który przybrał bardzo ambiwalentną pozycję. Tłumaczył, że budynków użyteczności publicznej, jak szkoły czy obiekty sportowe, nie powinno się atakować. Wywołał tym samym pytania, czy nie próbował aby zasugerować, że niszczenie komisariatów policji jest uzasadnione. Spotkał się za to z krytyką nawet po swojej stronie sceny politycznej. Co do zasady lewica stara się dostrzec potencjalne źródło problemu w systemowej dyskryminacji. W tym, że istnieją getta, w których ludzie mogą się czuć wykluczeni i pozbawieni perspektyw, i że często jest to dyskryminacja na tle rasowym. Natomiast skrajna prawica stoi murem za policjantami, którzy muszą strzec porządku przed tymi, którzy łamią prawo. Wzmacnia tym samym stereotyp migranta jako przestępcy oraz islamu jako zagrożenia dla Francji.

Macron, który stracił w ubiegłym roku większość w parlamencie, jest uzależniony od wsparcia zarówno lewicy, jak i prawicy. Czy w związku z tym możemy w ogóle przewidzieć, w jakim kierunku może pójść odpowiedź rządu na zamieszki?

Gdyby bunty nie ustały i wymagały dalszej mobilizacji służb porządkowych, możliwe, że Macron będzie zmierzał w prawą stronę, starając się nie dopuścić do sytuacji, w której skrajna prawica na czele z Marine Le Pen, która w przeciwieństwie do niego będzie mogła kandydować w kolejnych wyborach prezydenckich, skorzysta na klimacie zagrożenia i chaosu. Ona już stara się zbić kapitał polityczny na wydarzeniach z ubiegłego tygodnia. Wpływowi przedstawiciele skrajnej prawicy zorganizowali zrzutkę pieniędzy dla rodziny policjanta. Solidaryzują się nie z tym, który został zabity, ale z tym, który strzelił. Bardzo szybko udało im się zebrać 1 mln euro, podczas gdy na analogiczną zrzutkę dla rodziny Nahela wpłacono 250 tys.

Do tego dochodzą międzynarodowe ambicje francuskiego przywódcy. W Paryżu w czerwcu odbył się szczyt na rzecz budowy nowego globalnego paktu finansowego. Macron chce też odgrywać ważną rolę w kontekście wojny rosyjsko-ukraińskiej. Problemy w kraju mogą mu w tym przeszkodzić?

Protesty i zamieszki powtarzają się przez całą prezydenturę Macrona. „Żółte kamizelki”, strajki przeciwko reformie emerytalnej czy polityce covidowej. Ale mimo problemów wewnętrznych udało mu się zbudować mocną pozycję międzynarodową. Francja pozostanie kluczowym członkiem koalicji wspierającej Ukrainę i sytuacja wewnętrzna tego nie przekreśli. Macrona osłabia brak możliwości ubiegania się o kolejną kadencję za cztery lata i to, że jego popularność we Francji jest od dłuższego czasu ograniczona. A to sprawia, że jego partia w przyszłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego nie powtórzy raczej dobrego wyniku z 2019 r., osłabiając dodatkowo Macrona w europejskich rozgrywkach. Chodzi m.in. o wpływ na wybór szefa i składu Komisji Europejskiej czy budowę koalicji w PE. Dużo mówi się o tym, że przyszły europarlament skręci w prawo. To znaczy, że nieformalny sojusz, który będzie trzymać stery UE, może się składać z partii prawicowych i centroprawicowych, nie zaś centrowych, socjaldemokratycznych i zielonych, jak do tej pory. Tyle że Europa tak czy inaczej zmierza w tym kierunku, niezależnie od polityki Macrona. ©℗

Rozmawiała Karolina Wójcicka