Pojawiają się różne wersje dotyczące śmierci ministra spraw zagranicznych Białorusi Uładzimira Makieja, który zmarł nagle 26 listopada w wieku 64 lat. Wierzy pan w wersję oficjalną?
Źródła dyplomatyczne są zdania, że przyczyna śmierci nie była naturalna. Jednocześnie warto przypomnieć, że oficjalnej przyczyny śmierci nie ogłoszono, a przynajmniej ja się na nią nie natknąłem. Sam fakt śmierci Makieja i jej przyczyny mogą być wyraźnym sygnałem dla nomenklatury, dla ludzi, którzy kontynuują współpracę z Alaksandrem Łukaszenką, że jeśli chcą zrobić coś dobrego, ale odkładają to na przyszłość, to może tak się zdarzyć, że nie zdążą tego zrobić i przejdą do historii jako ludzie, którzy całe życie poświęcili budowie antynarodowej dyktatury. Taki los może czekać także innych. Oczekujemy teraz informacji, kto zastąpi Makieja. Jestem przekonany, że jego następca też będzie się zastanawiać, jak skończy, w chwale czy w hańbie.
Czego można się spodziewać po następcy Makieja?
Kto by nim nie był, będzie musiał spełnić kilka kryteriów. Po pierwsze popierać represje wymierzone we własny naród, po drugie - wojnę przeciwko narodowi ukraińskiemu, a po trzecie gwarantować pełną lojalność wobec Federacji Rosyjskiej, która obecnie, na naszych oczach, anektuje Białoruś.