Dziś wiemy więcej o temperaturze dyskusji w zachodnich stolicach u progu inwazji. W to, że Ukraina zdoła się obronić przed – jak mawiano – drugą armią świata, nie wierzył praktycznie nikt.

Na szczęście nie wierzyli w to także sami Rosjanie, a co ważniejsze – nie wierzyli w to już na etapie planowania, co pozwoliło im nonszalancko popełnić każdy możliwy błąd, z których wszystkie okazały się zbawienne dla obrońców. Przecenienie własnych sił? Odhaczone. Niedocenienie siły przeciwnika? Jest. Brak rozpoznania nastrojów na miejscu? Wiara we własną propagandę o zgniłym, słabym, podzielonym, kupionym petrorublami Zachodzie rządzonym przez chwiejnego starca z demencją? Fałszowanie własnych raportów na każdym szczeblu dowodzenia, które kumulowały błędy z dołu do góry niczym kula śniegowa? Checked! Wszystko to sprawiło, że ktoś mógł np. w ogóle uznać za wykonalny pomysł wysłania elitarnych wojsk powietrzno-desantowych do zdobycia świetnie pilnowanego lotniska w podkijowskim Hostomelu i wystawienie ich na zdziesiątkowanie przez obrońców.