Reklama
Oficjalnie przedstawiciele władz w Kijowie wyrażają wdzięczność za obronę interesów Ukrainy w kontaktach z Władimirem Putinem. Zwłaszcza że prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden dwa dni po telekonferencji ze swoim rosyjskim odpowiednikiem zreferował jej treść Wołodymyrowi Zełenskiemu. Publicyści jednak nie ukrywają niepokoju, czy Ukraina nie padnie ofiarą jakiejś formy amerykańsko-rosyjskiego kompromisu.
„Głowa państwa ukraińskiego podziękowała Josephowi Bidenowi za konsekwentne, twarde i zdecydowane poparcie dla suwerenności i integralności terytorialnej naszego państwa, i potwierdziła niezłomny zamiar poszukiwania dróg do pokoju na Donbasie” – czytamy w komunikacie biura ukraińskiego prezydenta wydanym po jego rozmowie z Bidenem. Szef biura Andrij Jermak, uznawany za szarą eminencję Zełenskiego, dodawał na antenie kanału 1+1, że prezydent USA także w kontaktach z Ukrainą powtórzył, iż sankcje nałożone na Rosję po ewentualnej inwazji będą „bezprecedensowe”. – Przywódca USA potwierdził, że Stany Zjednoczone dadzą Ukrainie wszelką niezbędną pomoc, by nasze państwo zdołało odbić atak – dodał Jermak. Według niego Biden miał też dodać, że jakiekolwiek decyzje dotyczące Ukrainy nie mogą zostać podjęte bez jej udziału. Jermak uważa, że Amerykanie podjęli decyzję, by włączyć się do procesu pokojowego w Zagłębiu Donieckim. Dotychczas dyskusje na ten temat odbywały się z udziałem Francji i Niemiec.
W nieoficjalnych rozmowach akcenty są jednak stawiane nieco inaczej. Anonimowy doradca Zełenskiego miał powiedzieć CNN, że sankcje wprowadzone po inwazji nie miałyby znaczenia. – Dowolne sankcje zostały już przez Moskwę wzięte pod uwagę i nie mają praktycznie żadnej zdolności powstrzymywania Rosji – skomentował. Alona Hetmanczuk, szefowa Centrum Nowej Europy, w komentarzu dla „Ukrajinśkiej prawdy” zwraca uwagę, że diabeł tkwi w szczegółach, a Kijów i Waszyngton mają różne wyobrażenia na temat czerwonych linii dotyczących Donbasu. „Nowi przedstawiciele ukraińskich władz mogą tego nie wiedzieć, ale Victoria Nuland, która i dziś zajmuje ważne stanowisko w administracji, za czasów Baracka Obamy nie miała nic przeciwko, by w czasie wyborów na okupowanych terytoriach za bezpieczeństwo odpowiadali «local security providers», czyli ludowa milicja, a broń nie została wycofana, lecz trafiła do tzw. security bubbles” – pisze specjalistka.
„Sam Biden jest znany z tego, że w ciągu ostatnich 6 czy 12 miesięcy prezydentury Obamy dość zdecydowanie stawiał sprawę wykonania politycznej części porozumień mińskich podczas rozmów z Petrem Poroszenką w Nowym Jorku. Dlatego nie cieszyłabym się z zapowiedzi, że administracja Bidena w końcu włączy się do procesu uregulowania kwestii Donbasu” – czytamy. Polityczna część porozumień zakłada przeprowadzenie wyborów na terenach okupowanych, po których okupowana część Zagłębia Donieckiego miałaby uzyskać specjalny status w ramach państwa ukraińskiego. Dopiero później Kijów miałby odzyskać kontrolę nad niekontrolowanymi dziś odcinkami granicy z Rosją. Tego warunku Ukraińcy nie chcą spełnić, podważając możliwość przeprowadzenia wolnych wyborów bez przejęcia kontroli nad granicą i bezpieczeństwem wewnętrznym w Doniecku i Ługańsku. „A ujednolicone z Europejczykami stanowisko może być bardziej rozmyte niż wyłącznie amerykańskie bądź amerykańsko-brytyjskie” – pisze Hetmanczuk.
Zdaniem Wiktora Bobyrenki z Biura Analizy Polityki, na niekorzyść Zachodu gra… niechęć do konfliktu. „Przewaga Putina polega na zamiłowaniu do «biespriediełu» (gry bez zasad – red.). Wiemy, że nie będzie prowadzić wojny zgodnie z kodeksem dawnych pojedynków, lecz zaatakuje pałką z tyłu. Dodatkowo to w jego rękach leży inicjatywa strategiczna. Trudno prognozować zachowanie maniaka, bo tylko on wie, kiedy i gdzie napadnie. Można tylko zgadywać, że agresja poszłaby z Briańska na Czernihów i Kijów, z Biełgorodu na Charków czy z Krymu na Dniepr i Mariupol. Ale przewagą naszą i naszych sojuszników jest to, że mamy XXI w. i nie da się napaść znienacka. Będziemy mieli czas na mobilizację. W Rosji to wiedzą i to też stanowi czynnik powstrzymujący. Przy 240-tysięcznej armii nasz potencjał mobilizacyny to dodatkowe 800 tys. osób. Z tymi siłami Putin musi się liczyć. Dlatego lepiej zastraszać, niż walczyć” – przekonuje ekspert.