Reklama
Władze Libanu wzywają Arabię Saudyjską do rozmowy. – Pragniemy jak najlepszych stosunków dwustronnych – mówił w sobotę prezydent Michel Aoun, by załagodzić konflikt dyplomatyczny z państwami Zatoki Perskiej. Spór w ubiegłym tygodniu wywołała emisja wywiadu katarskiej Al-Dżaziry z nowym ministrem informacji Libanu George’em Kurdahim. Saudyjczykom nie spodobały się jego komentarze na temat wojny w Jemenie.
Kurdahi powiedział w nim, że wspierani przez Iran jemeńscy rebelianci Husi bronią się przed zewnętrzną agresją koalicji kierowanej przez Arabię Saudyjską. W odpowiedzi władze w Rijadzie dały ambasadorowi Libanu 48 godzin na opuszczenie kraju. Odwołały także szefa swojej misji w Bejrucie i zawiesiły wszelki import stamtąd. W ramach solidarności z wpływowym sojusznikiem podobne działania podjęły także Bahrajn, Kuwejt i Zjednoczone Emiraty Arabskie. To najnowsza eskalacja w rywalizacji między Arabią Saudyjską a Iranem, która w Libanie trwa od dawna. Państwa są uwikłane w trwającą od dziesięcioleci rywalizację o regionalną hegemonię. W tym roku rywale przeprowadzili co prawda cztery rundy bezpośrednich rozmów w sprawie Jemenu i innych sporów, ale nie przyniosły one wymiernych rezultatów.
Większość komentatorów twierdzi zresztą, że komentarze Kurdahiego były dla Saudyjczyków wyłącznie pretekstem do wyładowania frustracji z powodu coraz większych wpływów Teheranu. W niedzielę Rijad stwierdził, że kontakty z Bejrutem stały z tego powodu bezcelowe. – W Libanie największym problemem jest ciągła dominacja polityczna Hezbollahu (wspieranego przez Iran – red.), a także niezdolność libańskiego rządu do wyprowadzenia kraju z tego zakrętu – mówił saudyjski szef resortu spraw zagranicznych książę Fajsal w wywiadzie dla telewizji Al-Arabija. Dyplomatyczny konflikt z Saudyjczykami może przynieść poważne konsekwencje dla pogrążonego w kryzysie politycznym i finansowym Libanu. Kruchy rząd premiera Nadżiba Mikatiego walczy bowiem o pomoc międzynarodową m.in. od zamożnych państw arabskich.
Po zakończeniu wojny domowej w 1990 r. Rijad wydał miliardy dolarów na wzmocnienie sił bezpieczeństwa Libanu i przeciwdziałanie wpływom Iranu w tym kraju, ale wstrzymał większość tej pomocy w 2016 r. Wciąż pozostaje jednak trzecim co do wielkości rynkiem zbytu Libanu. W 2020 r. odpowiadał za 6 proc. eksportu o wartości 217 mln dol. Jakakolwiek dalsza eskalacja konfliktu mogłaby stanowić także zagrożenie dla ponad 350 tys. Libańczyków pracujących w krajach zatoki. Premier Mikati desperacko próbuje tego uniknąć. Zasugerował Kurdahiemu, by ustąpił z urzędu. Za ministrem murem stoi jednak Hezbollah, który twierdzi, że rezygnacja nie rozwiąże problemu. Członkowie wspieranej przez Iran organizacji przekonują, że Saudyjczycy próbują w ten sposób jedynie zmusić Liban do zmiany polityki zagranicznej. W przeszłości dochodziło już do podobnych nacisków ze strony Rijadu. W maju minister spraw zagranicznych Libanu Charbel Wahba został zmuszony do dymisji po tym, jak zasugerował, że to głównie sunnickie państwa zatoki przyczyniły się do powstania grupy terrorystycznej Państwa Islamskiego.
Podobnie jak w maju, rząd libański stara się rozwiązać kryzys, dowodząc, że uwagi Kurdahiego, poczynione zanim został ministrem, nie odzwierciedlają stanowiska całej administracji. Saudyjczycy pozostają jednak nieugięci. Książę Fajsal uważa, że wypowiedź libańskiego polityka idealnie obrazuje rzeczywistość. – Dla nas problem jest większy niż słowa jednego ministra. To raczej wskazanie stanu, w jakim znajduje się Liban – przekonywał. Wszystko wskazuje więc na to, że w powołanym niecałe dwa miesiące temu rządzie dojdzie do kolejnych podziałów. W październiku działalność administracji sparaliżował konflikt dotyczący śledztwa prowadzonego w sprawie ubiegłorocznej eksplozji w porcie w Bejrucie. Rząd Mikatiego od początku nie podobał się władzom w Rijadzie, które odmówiły jego poparcia z powodu koalicji z Hezbollahem. Saudyjczycy zostali jednak na polu bitwy sami, kiedy Europa i Stany Zjednoczone zdecydowały się go wesprzeć.