To, co dziś się dzieje w Afganistanie, jest konsekwencją wieloletniej wiary w fikcję. Najgorsze jest jednak to, że Amerykanie zerwali z nią w najgłupszy z możliwych sposobów.
Giro to zaludniony w 100 proc. przez Pasztunów z plemienia Tarakai dystrykt afgańskiej prowincji Ghazni. Gdy była ona „polską prowincją”, mieścił się tu jeden z najciekawszych fortów obsadzonych przez naszych żołnierzy. Najciekawszych, bo w sile zaledwie kompanii i niewielkiego pododdziału afgańskiej policji, której nikt nie ufał.
Z jednej strony fort osłonięty był wzgórzem. Z drugiej widok rozciągał się na szeroką równinę. Z bramy widać było oddaloną o mniej więcej trzy kilometry szkołę. Zbudowano ją za zagraniczne pieniądze. Przez cały pobyt w Giro nie widziałem jednak, by ktoś do niej uczęszczał. Budynek stał pusty. Jak mi powiedziano, pusty, bo rebelianci talibscy zdekapitowali najpierw jednego nauczyciela, który zdecydował się robić tu karierę, a następnie drugiego, który nie wyciągnął wniosków z przykrego losu poprzednika. Talibom nie podobało się, że wbrew regułom szariatu do placówki uczęszczały dziewczynki, co jest „haram” – zakazane.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.